a
IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Podanie o genetykę lub zdolność.
List z Hogwartu
Niestety jak to często bywa, coś się kończy, a coś innego zaczyna. Czas Listu z Hogwartu dobiega końca. Mam nadzieję, że część osób będzie wspominało tę stronę z pewnym sentymentem, a nawiązane tutaj znajomości przetrwają pomimo zakończenia naszej działalności. Dziękujemy za te dwa lata! Administracja


 

 Podanie o genetykę lub zdolność.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Mistrz Mistrzów



Liczba postów : 1001

PisanieTemat: Podanie o genetykę lub zdolność.   Czw Maj 29, 2014 10:21 am

Jeśli masz pomysł na ciekawe wykorzystanie danej zdolności lub genetyki przez twoją postać właśnie tutaj możesz napisać o nią podanie.
Oczywiście najpierw prosimy,abyś przeczytał regulamin genetyk i zdolności znajdujący sie w odpowiednim dziale.
Dodatkowo przed napisaniem podania sprawdź czy dana umiejętność jest w tym momencie dla ciebie dostępna.

Kod:
[b]NAZWA GENETYKI LUB ZDOLNOŚCI:[/b]
[b]CZAS OPANOWANIA JEJ:[/b] (uczenie jej zajęło ci 2 lata, 3 lata, miesiąc, dzień, może trwa do dziś.)
[b]JAK SOBIE Z NIĄ RADZISZ?[/b]
[b]PRZYKŁADOWY POST:[/b](wskazana historia uzyskania genetyki lub zdolności, sytuacja w której używasz jej[musi posiadać przynajmniej 400 słów])
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chloé Ollivander



Liczba postów : 76

PisanieTemat: Re: Podanie o genetykę lub zdolność.   Nie Cze 08, 2014 10:05 pm

NAZWA GENETYKI LUB ZDOLNOŚCI: Metamorfomag
CZAS OPANOWANIA JEJ: Posiada ją od urodzenia, mimo wysokiego opanowania umiejętności, cały czas uczy się, aby opanować jej kontrolowanie do perfekcji.
JAK SOBIE Z NIĄ RADZISZ? Na tę chwilę bardzo dobrze. Potrafi w krótkim czasie diametralnie zmienić swój wygląd. Ciągle szkoli się, aby udawało jej się to szybciej i w różnych stopniach i wariantach wyglądu.
PRZYKŁADOWY POST:

- Cecille! Chodź tutaj! – krzyknął rozhisteryzowany męski głos. Kobieta rzuciła naczynia i wybiegła pospiesznie z kuchni. Od czasu porodu była przewrażliwiona i strach w głosie męża traktowała jako złą wróżbę. Biegnąc po schodach, zawołała:
- Co się dzieje?!
Kiedy nie otrzymała odpowiedzi przyspieszyła kroku. Wpadła do pokoju, gdzie zastała męża stojącego przy dziecinnym łóżeczku, a wzrok miał wbity w dzieciątko w środku. Odwrócił głowę, kiedy zobaczył żonę w progu.
- Czy my wczoraj nie mieliśmy dziecka o blond włoskach? – zapytał, patrząc na Cecille szeroko otwartymi oczami. Kobieta dobiegła do łóżeczka i porwała na ręce bobasa, który radośnie zamachał do niej piąstka. Cecille jeden rzut oka wystarczył. Przytuliła dziewczynkę do siebie, a Garricka spiorunowała wzrokiem.
- Jeszcze raz mnie tak wystraszysz to zapoznasz się z moją różdżką! – warknęła. Odetchnęła głęboko, pozbywając się strachu z serca. Przyjrzała się córeczce. Jednak mąż miał rację. Wczoraj dziewczynka miała blond włosy, ale za to jeszcze tydzień temu były one ciemnobrązowe. Cecille myślała, że to po prostu noworodkowe zmiany koloru włosów, ale teraz… Mała Chloé zmieniła się w rudowłosego bobasa. Kobieta uśmiechnęła się. Założyłaby się, że jutro córeczka będzie niebieskowłosa. Spojrzała na męża, który nadal stał osłupiały.
- Jesteś czarodziejem czy nie? – pokręciła głową. – Wygląda na to, że nasza Chloé  jest metamorfomagiem! – zawołała. – Jak mogłeś na to nie wpaść?
Garrick zmieszał się, a jego ręka powędrowała do włosów i zaczęła je nerwowo ciągnąć.
- Przepraszam. Ale to takie... niespodziewane!
Cecille uśmiechnęła się pobłażliwie, kręcąc głową. Mąż podszedł do niej i przytulił żonę i córkę.

~.~

- Chloé! To niesprawiedliwe! – zawołał zrezygnowany chłopiec, rozglądając się po Ulicy Pokątnej. Chodził między tłumem dorosłych i mnóstwem dzieciaków, robiących zakupy w magicznych sklepach. Szukał siostry. Nie żeby się zgubiła, ale po prostu swoim zwyczajem bawili się w chowanego. Jednak Dominic stwierdził, że koniec z tą zabawą, bo nigdy nie mógł znaleźć siostry. Zmrużył oczy i uważnie przyglądał się każdej osobie. Nagle podbiegła do niego nieznajoma dziewczynka, śmiejąc się wesoło. Dominic wziął się pod boki i spojrzał na dziewczynkę z lekko obrażoną miną.
- Więcej się z Tobą nie bawię, jeśli nadal będziesz wykorzystywała tą swoja umiejętność! – zawołał do niej z kwaśną miną. Dziewczynka przewróciła oczami i ciemne warkocze zmieniły się w blond proste włosy, a wszystkie inne części ciała wróciły do pierwotnej postaci.
- Tak się tylko z Tobą droczę! – powiedziała Chloé , uśmiechając się słodko do Dominica. Podbiegła do niego i wtuliła się w starszego brata. Chłopiec stłumił uśmiech i powiedział, chcąc żeby wyszło surowo:
- To niesprawiedliwe, więc mam nadzieję, że zrobisz to ostatni raz!
Dziewczynka położyła rękę na sercu i pokiwała skwapliwie głową.
- Obiecuję!

~.~

Nastoletnia dziewczyna biegła wzdłuż drogi. Była ciemna noc, a przytłumione latarnie nie dawały zbyt wiele światła. Odwróciła się, a za sobą ujrzała zbliżające się cienie, a odgłos kroków był coraz głośniejszy. Zatrzymała się, próbując złapać oddech. Już po mnie, pomyślała. Nagle trzasnęła się ręką w czoło. Przecież to takie proste! Szybko narzuciła kaptur, chowając się w bocznej uliczce. Skupiła się, a po chwili jej włosy skróciły się zupełnie i przyciemniły. Nie wiedziała czy jej się uda, ale starała się nadać swojej twarzy bardziej męskie rysy. Napastnicy byli już bardzo blisko. Serce tłukło jej się w piersiach, ale starała się wyglądać pewnie i jak typ spod ciemnej gwiazdy. Nie mogła więc się chować. Wyszła więc z uliczki i oparła się z pochyloną głową o ścianę budynku. Byli już blisko.. Słyszała ich głosy. Myślała, że serce zaraz wyskoczy jej z piersi, ale wykazując się odwaga stała pewnie w miejscu. Nagle ktoś szarpnął ją za rękę. Uniosła głowę i spojrzała w zalaną twarz, z kilkudniowym zarostem. W twarz buchnął jej oddech zaprawiony tanim piwem. Starała się wyzbyć z oczu strachu, a zmienić go w pewność siebie i wściekłość. Łobuz już otwierał usta, ale kiedy zobaczył jej twarz, zmarszczył się i pospiesznie wycofał, biegnąc dalej. Przeczekała chwilę zanim odetchnęła z ulgą. Czyli się udało! Zanim zmieniła z powrotem wygląd przeszła kilka kroków, spoglądając w sklepową witrynę. Wydała zduszony okrzyk. Rzeczywiście , trudno było w niej poznać delikatną kobietę, którą była. Pospiesznie wróciła do poprzedniego wyglądu. Wydaje się, że jej umiejętność osiągnęła wysoki poziom. Mimo całego zdarzenia była z siebie dziwnie zadowolona i z lekkim błąkającym się po na ustach uśmiechem, ruszyła w drogę powrotną.

Akcept!

_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _


Chloé Ollivander


Różdżka sama sobie wybiera czarodzieja...


Ostatnio zmieniony przez Chloé Ollivander dnia Sro Cze 18, 2014 11:16 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://list-z-hogwartu.my-rpg.com/t1816-chloe-ollivander
Markus Van Der Veen



Liczba postów : 19

PisanieTemat: Re: Podanie o genetykę lub zdolność.   Sro Lip 09, 2014 11:05 pm

NAZWA GENETYKI LUB ZDOLNOŚCI: Wampiryzm
CZAS OPANOWANIA JEJ: Otrzymał tę tajemniczą przypadłość około 280 lat temu, dzięki czemu miał dużo czasu na opanowywanie jej.
JAK SOBIE Z NIĄ RADZISZ? W pełni. Potrafi się ograniczyć do picia krwi z banków lub od łowionych przez niego bandytów, kontroluje też swoje zachowanie. Nigdy jednak nie przegina, bo wie że nawet mistrz może się pomylić.
PRZYKŁADOWY POST:
Jeny. Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę aż tak zmęczony. I dodatkowo, żeby było weselej, dzisiejszą akcję okupiłem ogromną ceną. Cholera... tak stracić różdżkę, walcząc z najzwyczajniejszym magiem który nadużywał czarnej magii. Trafił ją oszałamiaczem i poszła w pół. Co za wstyd... Co z tego, że był on obecnie najbardziej poszukiwanym czarnoksiężnikiem naszych czasów! Dla mnie walka z takimi to chleb powszedni, a teraz... przynajmniej tyle, że udało mi się go powstrzymać. Wygląda na to, że mugolskie sposoby walki wręcz czasem również się przydają nawet czarodziejom.
Utrata różdżki to jednak dla aurora strata niepowetowana. Jutro będę musiał się wybrać do Ollivandera, albo przynajmniej poprosić ojca o pomoc. Był już co prawda podstarzały, ale może z takimi niewielkimi sprawami może mi przyjść z rozwiązaniem.
Zamknąłem za sobą drzwi do swojego niewielkiego domku, w którym zamieszkałem kilka lat temu, i od razu ruszyłem do łazienki. Nie czułem głodu, pragnienia, czegokolwiek. Teraz jedyne o czym marzyłem, to była kąpiel (byłem w sumie przez to uważany za wariata - kąpać się? Przecież nawet Kościół mówił, że to niezdrowe dla człowieka...), a później położyć się i porządnie przespać. Jutro muszę być w miarę zdatny do życia, a późne położenie się spać po męczącym dniu wcale w tym nie pomagało. Zsunąłem z siebie odzienie i ruszyłem w kierunku łaźni.
* * *
Od kilku godzin byłem już w przyjemnych objęciach Morfeusza. Sen dał mi troszkę ukojenia, przywracając energię do nieco już odrętwiałych z bólu kończyn. Nerwy jednak, jak zwykle napięte do granic możliwości, wyłapały w ciszy delikatne kroki. Kroki, których nie mógł wydać żaden człowiek. Po chwili zaś poczułem...
Kły wpijające się potężnie w moją szyję. Wampir.
Szlag!
Miałem wrażenie, że po moich żyłach zaczęła się rozprowadzać jakaś potężna, potwornie zimna trucizna. Błagałem los, żeby chciał on tylko wypić trochę krwi... lecz już moment później zrozumiałem swój błąd. On wcale nie zamierzał na tym poprzestać. Faktycznie rozprowadzał on po moim organizmie wampirzy jad. Jeżeli w porę tego nie powstrzymam, sam też się nim stanę... Szlag... na dodatek te właściwości paraliżujące... Dlaczego nie zareagowałem od razu? Przecież do tego mnie przygotowywali w akademii! Szlag... szlag... SZLAG!!
W końcu udało mi się przełamać oszołomienie i paraliż, i potężnym kopniakiem posłałem przeciwnika do tyłu. Byłem teraz potwornie osłabiony, cały oblany zimnym potem i miałem niemały problem z ustaniem na nogach. I w takim stanie chciałem coś zaradzić przeciwko wampirowi?...
Stwór podniósł się powoli, i światło buchające z dogasającego płomienia w kominku oświetliło jego twarz. Była ona... imponująca. Mężczyzna o dosyć dostojnym wyglądzie i takim też ubiorze, z rysami typowymi dla człowieka czasów renesansu, spoglądał teraz na mnie szkarłatnymi oczyma, uśmiechając się pusto. Z pewnością nie był on normalnym, podrzędnym wampirem. Strzelałbym nawet, że jest on alpem... a w takim wypadku moja sytuacja była tragiczna.
Po chwili przypomniałem sobie tę twarz. Przecież był on poszukiwany przez resort kontroli magicznych stworzeń...
-Rufus Voorheit. Czego ty tu chcesz?
Miast odpowiedzieć, zaszarżował. W sumie tego po części się spodziewałem... Niestety, moje reakcje nawet w pełnym zdrowiu nie pozwoliłyby mi na uniknięcie uderzenia. A co dopiero teraz...
Chwilę później zbierałem się z podłogi. Uderzenie miotnęło mną o ścianę, zostawiając na niej ślad. Rufus podszedł do mnie i podniósł mnie za szyję, usiłując zmiażdżyć krtań. Nie pozwoliłem mu na to. Wysunąłem z kieszeni swój ulubiony nożyk i dźgnąłem go tam, gdzie normalni ludzie powinni mieć nerkę. Poskutkowało - wiedziałem, że zaraz znów będzie w pełnej dyspozycji, ale wykorzystałem ten moment i silnym ciosem posłałem go w kierunku kominka. Jak wiadomo, wampiry, a zwłaszcza te wyższe, nie lubią się z ogniem... zobaczyłem, że zajął się płomieniem, krzycząc potępieńczo... i straciłem przytomność. Ból był nie do zniesienia...
* * *
Ocknąłem się późnym wieczorem następnego dnia. Co ciekawe jednak, czułem się... inaczej. Najgorszy był ten potworny ból gardła... pragnienie... muszę się czegoś napić, cholera. Cała moja skóra była blada niczym płótno. W sumie zastanawiałem się, czy nie mam jakiegoś lustra czy czegoś... Zresztą, czy na pewno chcę siebie teraz widzieć?
Uchyliłem drzwi i spojrzałem na ulicę. Było ciemno. Słońce schowane za chmurami... miło.
Przechodzień. Nagle poczułem bijące od niego ciepło...
Pokusa...
Przyjemny posmak...
Nagle doszedłem do zmysłów... i zobaczyłem, że stoję nad zwłokami człowieka, będąc całym ubabranym we krwi. Przypomniałem sobie całe zajście z poprzedniego dnia.
Wampir.
Czy to tym się właśnie stałem?
Muszę opuścić to miejsce. To zbyt niebezpieczne... muszę odejść... w dal, bezludzie... Przecież nie będę w stanie żyć między ludźmi po tym wszystkim...
* * *
Sto lat później. 1791 rok.
Słyszałem o tym, że w Europie ostatnio dzieją się wielkie rzeczy. Padają królestwa, powstają nowe. Republiki. Konstytucje.
Byłem od tego daleki.
Po spędzeniu tylu lat w Japonii, na górze Fuji, ucząc się samokontroli i... no, właściwie wszystkiego innego również, miałem gdzieś to co się dzieje gdzieś w świecie. Dla mnie najważniejsze było co innego. Byłem w stanie żyć jak normalny człowiek. W końcu mi się udało przełamać cechy wampira.
Co prawda za cenę emocji i odczuć, ale przynajmniej mogę wrócić do cywilizacji.
Dawno jej nie widziałem.

Akcept

_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _


The choice was mine
To long for a time that will never come
Though we leave the world apart
I still went peacefully... quietly
With you still firmly
In... my heart
And I will wait forever
I wait...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://list-z-hogwartu.my-rpg.com/t3621-markus-van-der-veen#6048
Jasmine A. Leighton



Liczba postów : 67

PisanieTemat: Re: Podanie o genetykę lub zdolność.   Sob Lut 07, 2015 6:59 pm

NAZWA GENETYKI LUB ZDOLNOŚCI: Wężoustość
CZAS OPANOWANIA JEJ: Jasmine dotąd nie opanowała umiejętności porozumiewania się z wężami. Nie jest zbytnio świadoma swojej zdolności... słyszała, że to potrafi, ale zazwyczaj traci przytomność przy próbach komunikowania się.
JAK SOBIE Z NIĄ RADZISZ? Jasmine włąściwie... nie radzi sobie z tą umiejętnością, ponieważ nie ma o niej najmniejszego pojęcia. Raz, jeden jedyny raz udało jej się komunikować z gadem, ale jej niewiedza o tej umiejętności sprawiła, że był to "dziwny" magiczny przypadek, a nie wężoustość, którą odziedziczyła po rodzie Gauntów. Drugi raz zdarzyło się to na błoniach. Niewiele dowiedziała się od profesora Dumbledore'a, ale zapewnił ją, że dowie się, skąd ta przypadłość.
PRZYKŁADOWY POST:

Mała dziewczynka o długim słowiańskim warkoczu przyglądała się z rozmarzeniem na parę tańczących w powietrzu akrobatów. W tych czasach rzadko można było pozwolić sobie na oglądanie wyczynów w cyrku. Przyjeżdżały, albo nie. Za każdym razem jednak wywoływały podekscytowanie zarówno u dorosłych, jak i u tych młodszych. Dla Jasmine to też była świetna wiadomość. Pomimo że dziewczynka znała świat magii, prawdziwej magii, nic nie mogło się równać z tą magiczną atmosferą, która powstawała w cyrku. Klaskała ożywiona w dłonie, kiedy na scenie ukazali się żonglerzy.
- Jasmine, słońce, pozwól, że kupię nam sok, a ty grzecznie oglądaj pokaz. - oznajmiła matkę, po czym wstała i zaczęła przeciskać się przez tłumy osób zmierzając do małej budki z napojami, która zawsze pojawiała się tuż przed cyrkiem, okazując się ratunkiem dla ludzi, którzy połowę upalnego dnia stali w kolejce po bilety. Tak więc mała czarodziejka pozostała przez chwilę bez opieki, choć nie do końca zdawała sobie z tego sprawę. Tak występy urzekły Jasmine, że całkowicie zamknęła się w swoim świecie. Ona i cyrk. Żonglerzy wycofali się dając miejsce na popis tresera zwierząt. Niektórzy siedzieli wciąż na miejscach, inni jęczeli i marudzili. Panna Leighton zdziwiło to zachowanie, ale przynajmniej wybudziła się z dziwnego transu. Była równie podekscytowana, co wcześniej, a może nawet bardzo. Bo... czy to nie świetna sprawa, że można kontrolować zachowanie zwierzęcia, posiadać z nim jakiś kontakt. Dziewczynka klaskała śmiejąc się jednocześnie, kiedy mały piesek zaczął przeskakiwać przez hula-hop. Po niespełna kilku minutach pojawił się mężczyzna, a wąż niebezpiecznie oplatał jego szyję. Jasmine, która już dawno wczuła się w całe przedstawienie, niemal krzyknęła widząc gada. To był pierwszy raz, kiedy mogła na własne oczy ujrzeć węża.
Chciała wyjść i poszukać mamy, ponieważ dziwny niepokój zrodził się w jej sercu. Wstała, jednak wszystko wokół jakby działało zwolnionym tempem. Dziewczynka nie zdążyła się odwrócić, kiedy wręcz bolesną ciszę przerwały syki, które... zrozumiała.
- Sssstój. - wysyczał wąż, wysuwając ruchliwy, rozwidlony język i mierząc ją uważnym spojrzeniem.
Jasmine wytrzeszczyła oczy na węża zdając się być w lekkim szoku. Nogi same zaczęły iść w stronę sceny. Ludzie w końcu zauważyli bezbronną, małą dziewczynkę, która uparcie chciała przeskoczyć przez barierkę. Udało jej się to, choć wzbudziło to niepokój i ogólny chaos.
- Sssłyszysz mnie. Podejdź do mnie. - syczał wąż dalej coraz bardziej oplątując się na szyi właściciela. Treser stał, jakby wrósł w ziemię i z szokiem przyglądał się dziewczynce, która syczała niezrozumiale. Rozejrzał się szukając w tym wszystkim podstepu.
- Jasmine! Jasmine! - ogólne pomruki przerwał zrozpaczony głos matki. Kubeczki z sokiem opadły na ziemię chlapiąc przynajmniej kilka osób obok. Matka zerwała się z miejsca biegnąc do córki, która opadła na ziemię. Wąż gdzieś zniknął i dopiero wtedy Jasmine odzyskała łączność z rzeczywistością. Alice spłonęła rumieńcem nie rozumiejąc, co napadło jej córkę. Zawstydzona, trzymając córkę za ramiona wyprowadziła z cyrku próbując ignorować ciche, lecz zrozumiałe wyrazy, które łączyły się w jedno zdanie: "To dziecko rozmawiało z wężem".

***

Zadziwiające, jak Sofie Brown i Jasmine Leighton potrafiły się ze sobą dogadywać. Często ciemnowłosa słyszała, jakimi egoistami są Ślizgoni. Wolała się trzymać od nich z daleka, ale odkąd poznała pannę Brown, całkowicie zmieniła zdanie. Dzisiaj roześmiane biegały po błoniach. Pierwsza musiała ukraść drugiej wstążkę i ganiały się robiąc dość sporo hałasu. Gdzieś w pobliżu słychać było czyjeś głosy, ale czarodziejki zajęły się zabawą, całkowicie zapominając o otaczającym ich świecie. Niespodziewanie rozległy się krzyki. Uczniowie pouciekali, zaś dwie dziewczyny ze zdziwieniem zmierzyły w stronę źródła wcześniejszego panicznego krzyku. Nie spodziewały się, że ujrzą przed sobą dwumetrowego węża, który wił się i syczał przeraźliwie. Sofie całkowicie spanikowała, Jasmine zaś wpadła w dziwny trans. Ślizgonka złapała przyjaciółkę za rękę, zapominając o czarach i czym prędzej chciała pójść śladami innych uczniów - uciec. Jasmine jednak stała i patrzyła wprost w ślepia gada.
- Jasmine, Jasmine! Co w Ciebie wstąpiło! Błagam Cię, rusz się. Nie mogę zostawić Ciebie samej! - błagała, prosiła zrozpaczona blondynka. A Jasmine jak stała, tak stała.
- Sysasy - ssyyaa - ssuuuusss - brzmiały słowa Krukonki całkowicie niezrozumiałe dla panny Brown. Zaś Jasmine mową węży rozkazała gadowi opuścić błonie. Widać było, że wąż walczy pomiędzy swoim instynktem, a słowami wężoustej. Jasmine powtarzała co rusz dziwne wyrazy, które układały się w syczenie węży. Sofie stała jak wryta, tym razem ona nie była zdolna się poruszyć. Wąż pod naciskiem słów Krukonki w końcu zaczął pełznąć w inną stronę. Jasmine momentalnie upadła na ziemię próbując uchwycić jak najwięcej powietrza. W głowie jej się kręciło i odczuwała silne mdłości. Ostatnie co widziała to złote loki, fiołkowe oczy, mądre spojrzenie profesora Dumbledore'a i skrzydło szpitalne. Gdzieniegdzie odbijał się głos:
- Ona rozmawiała z wężem! Ona rozmawiała z wężem! Jest wężoustna, profesorze.
Jasmine uczyła się o tej zdolności. Ale nigdzie nie było napisane, że Salazar Slytherin używając mowy węży tracił przy tym przytomność. Jasmine z silnym bólem głowy próbowała podnieść się z łóżka. Obok siedział sam dyrektor. Wbiła w Niego przestraszone spojrzenie.
- Profesorze. Czy to prawda? Wszystko słyszałam...
- Obawiam się, że tak. - usłyszała w odpowiedzi.

Akcept
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://list-z-hogwartu.my-rpg.com/t3330-jasmine-a-leighton
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Podanie o genetykę lub zdolność.   Czw Lut 12, 2015 1:43 am

Animag -> Pyton Królewski
/widziałam, że genetyka jest zablokowana, ale rozmawiałam o powrocie Bth z Aną. Poza tym Nagini bez umiejętności to nie Nagini/

Czas opanowania jej:
Zaczęła to ćwiczyć bodajże w piątej klasie. Pod koniec siódmej było już naprawdę nieźle. Przeżyła już ponad pół wieku... jest w stanie być pod postacią węża przez długie tygodnie, a nawet miesiące.

Jak sobie z nią radzisz:
Doskonale. Większość uczniów Czarnego Pana nie domyśla się, że Nagini jest człowiekiem.

Przykładowy post:
Panna Bth siedziała oparta o kamienną ścianę, co jakiś czas poruszając dolnymi kończynami nabawiającymi się już odleżyn. Skurcz ją łapał. Ruch w lewo, w prawo, kółeczka stopą... Odetchnęła zaciskając palce na krawędzi otwartej księgi. Miała dokładnie dwie godziny, potem stara bibliotekara rozpęta piekło.
"Skoncentruj się"
Dzięki książko, dobra rada. Próbowała się skoncentrować ze wszystkich sił, jednak każde skrzypnięcie starych regałów, szelest kartek czy przeciąg wytrącał ją z przyjemnego stanu niebytu.
No nic. Ten krok musiała sobie odpuścić. Lepiej od razu rzucić się na głęboką wodę.
Przesunęła opuszką palca po kolejnych krokach. W porządku uda się, przecież to proste.

Przymknęła oczy, mamrocząc pod nosem regułki i wizualizując sobie dokładnie efekt. Minuta, dwie... Po pięciu nie wytrzymała i uchyliła oko, zerkając na swoje chude giry.
Wciąż dwie.
Do diabła, jeszcze raz.
Koncentracja, wizualizacja, regułki. Minuta, dwie, trzy... Dziesięć. Otworzyła oczy i ze złością kopnęła wciąż ludzką nogą w regał stojący naprzeciw. Regał jej oddał. Bolało.
Co robiła nie tak?
Głęboki wdech, wydech, ciemność za zamkniętymi powiekami, koncentracja, regułki, wizualizacja. Poczuła lekkie swędzenie. Ha! Na pewno się udało.
Otworzyła oczy idealnie w momencie, w którym opity ją krwią komar odleciał radośnie w dal. Nogi wciąż były dwie. Szybko podrapała zaczerwieniony ślad i zatrzasnęła książkę.
No nic, poćwiczy sobie później, w końcu to był pierwszy dzień.

~*~
Wsunęła się do Skrzydła Szpitalnego opatulona szczelnie w szatę z kapturem. Na pielęgniarkę nie trzeba było długo czekać, dopadła ją po paru minutach od przyjścia.
- Co się stało kochanie? Ktoś ci nos powiększył, spuchłaś, a może masz jedno oko? Dziewczęta w twoim wieku bywają takie bezrozumne i zazdrosne o urodę...- Trajkotała piguła sadzając Bth na jednym z łóżek i próbując ją skłonić do zdjęcia kaptura.
Dziewczyna milczała jednak zacięcie próbując nie pokazać nawet koniuszków palców.
- Och pokaż mi to kochanie!
W końcu zsunęła z twarzy kaptur ukazując swoje ołuskowane oblicze spod którego przebijał się ciemny rumieniec zażenowania.
- Wassszzyłam elikssssir na sssaliczenie. Cośśś sssię pomiessszało.- Zapłakała.
W skrzydle szpitalnym przeleżała dwa tygodnie.

~*~
Przeciągnęła się, wstając obolała ze swojego łóżka. Powinna znaleźć bezpieczniejsze miejsce do ćwiczeń. Jej wzrok padł na lustro, czas się upewnić, że nie widać żadnych efektów ubocznych.
Nogi - liczba sztuk dwie.
Ręce - jak wyżej.
Nos - jest. Usta - są. Skóra - okej. Palce - wszystkie dziesięć. Oczy - cholera.
Zmarszczyła brwi widząc pionowe źrenice. Nie, tak się nie mogła pokazać na zajęciach. Wzięła głęboki oddech. Wdech, wydech. Przymknęła paczadła. Minuta, dwie.
Po otworzeniu były już normalne.

~*~
- Nawet mnie nie zauważy...
- Nie.
- Nie będę przeszkadzać!
- Nie.
- Zwinę się w kąciku i ani drgnę. Obiecuję...
- Nie.
- Tomuś no!
- Nie mów tak do mnie.
- A jak nie będę mówić to się zgodzisz?
- Nie.
Zmarszczyła nos. On bezczelnie z nią pogrywał, a przecież dobrze wiedziała, że jedzie poznać swoich rodziców. Przecież oni też powinni poznać ja, najważniejszą kobietę w jego życiu. Nawet jeśli tylko ona za takową się uznawała.
Ewidentnie obrażona zaczęła dłubać w gulaszu. Głupi Tom, niby dlaczego w ogóle miałaby się go słuchać? Jest silną i niezależną kobietą, będzie robić dokładnie to na co ma ochotę!
Zniżyła ton do uroczego, flirciarskiego szeptu.
- Tomuś...
- Nie.
Z trzaskiem porzuciła łyżkę i wyszła z Wielkiej Sali mijając zszokowanych pierwszoklasistów, którzy umknęli przed czarną furią w wersji młodej ślizgonki.

Zatrzymała się dopiero w swoim dormitorium, dla rozluźnienia trzaskając drzwiami. Co za idiota, on naprawdę myślał, że może jej zabronić czegokolwiek? Niby z jakiej racji miałaby ulegać? Bo co? Bo jest Tomem Riddlem? A ona Elizabth Jeager. Tytuły nie miały żadnego znaczenia.
Przeczesała włosy unosząc następnie dłonie ku kamiennemu sufitowi i rozczapierzając palce. Jeszcze będzie mu niezbędna do życia, a wtedy się zdziwi! Oj zdziwi się!
Przemiana przebiegła szybko i bezboleśnie. O dziwo. Przekrzywiła łeb obserwując swoje ciało w lustrze. Była piękna, tak... potężna. Mogła ich wszystkich wybić, gdy tylko zasną. A wtedy Tomuś zostanie całkiem sssam.
Wpełzła pod kołdrę czując jak łzy ciekną jej z oczu. Głupi bałwan... I tak pojedzie. Bez niej może mu się stać krzywda.

~*~

Ciężkie cielsko pełzło po starych panelach. Czuła każdą drobinkę kurzu, każdy kawałek stłuczonego szkła. Widziała wszystko czego oczom ludzkim nie dane będzie zobaczyć. Czuła unoszący się w powietrzu odór śmierci. Pachniał... kolacją.
Pokój wydawał się być pusty. A jednak czuła ich. Trzy trupy. I był tu jej Tomuś.
Wspięła się po fotelu układając się miękko na tych dobrze sobie znanych kościstych ramionach.
- Nici z rodzinnego ssspotkania.- Wysyczała wsłuchując się w przenikający ją do głębi puls serca Riddle'a. Uspokoił go. Śmierć je uspokoiła.
Nawet nie skomentował faktu, że tu była. A przecież musiała być. Chciała mu udowodnić, że i tak i tak zawsze będzie przy nim. Misja zakończona sukcesem.
Kto by pomyślał, że ramiona mogą być takie wygodne...

~*~

- Och mamo to niesamowite, że po raz pierwszy nie krzyczysz.- Wyszeptała oblizując usta z krwi. To było zbyt proste, prawda wciąż jeszcze do niej nie docierała.
Zamordowała ich. I nikt nie udowodni jej żadnej winy. Uznają ją za zmarłą, ofiarę lub uciekinierkę. Cudownie. Westchnęła zerkając na bladą twarz ojca.
Siedział w fotelu, dokładnie tam gdzie go dziabnęła. Matka nawet się nie zorientowała co ją czeka. Może i lepiej, jej wzrok napawałam Bth obrzydzeniem nawet skryty za kurtyną śmierci.
Przemieniła się wymykając z domu przez uchylone drzwi.

~*~

- Od paru dni jesteś dla mnie zadziwiająco miły... Czegoś chcesz.- Rozłożona na kanapie w posiadłości świętej pamięci teścia machała przewieszoną przez oparcie nogą. Jednocześnie jednak jej wzrok błądził od wygrzebanego skądś tomiku poezji mugolskiej do stojącego przy kominku Toma.- Pytanie tylko co będę za to miała... Ten ostatni mugol był niesmaczny, jakiś taki za bardzo otłuszczony.
- Będziesz miała mnie. Słyszałaś kiedyś o Horkruksach?
Pytanie zawisło w powietrzu na parę chwil. Wystarczająco długo, by jej oblicze rozjaśnił lekki uśmiech, a książka niedbale wylądowała na dywanie.
To miał być kolejny etap ich idealnego małżeństwa jak nic! Tak, powinna kiedyś napisać o tym książkę.
- Czarny Pan chce, Czarny Pan ma.- Wysyczała zsuwając się gładko na podłogę i unosząc łeb.- Nie sssnajdziesssz lepsssszej do tego Tomuśśś.

Akcept! (I nie myśl, że rozmowa z Anką ci coś pomogła! To tylko dlatego, że zwolniła się rezerwacja! xD)
Powrót do góry Go down
Rigel R. Ashdown



Liczba postów : 230

PisanieTemat: Re: Podanie o genetykę lub zdolność.   Pią Mar 20, 2015 9:37 pm

NAZWA GENETYKI LUB ZDOLNOŚCI: Jasnowidzenie
CZAS OPANOWANIA JEJ: Nie opanowana - jeszcze nawet nie zaczęła jej szkolić. W planach mam, by poszukała kogoś, kto jej pomoże (pomysł w trakcie realizacji).
JAK SOBIE Z NIĄ RADZISZ?: Po incydencie w Halloween dziewczyna porzuciła wróżbiarstwo, bo bardzo obawia się tego, czego mogłaby się dowiedzieć z przyszłości. Ale chciałabym ją pokierować tak, że będzie musiała niedługo od podstaw zacząć się tego uczyć. Obecnie pasowałoby mi, by w Halloween miała takie przebłyski czasem i ewentualnie w czasie snu, ale większość z nich nawet nie pamięta - tyle tylko, że kojarzy jakieś twarze, ale nie wie skąd i ma silne przeczucia co do intencji.
PRZYKŁADOWY POST:
(Z użyciem postaci Regulusa Blacka za zgodą autorki)

Rodzina Ashdownów słynęła z tego, że od czasu do czasu w rodzinie pojawiała się jakaś Jasnowidząca. Ostatnią była prababcia Rigel - Mystic Ashdwon była jedną z potężniejszych i najbardziej kontrolujących zdolności - kobietą, co zresztą w takim stopniu rozsławiło Ashdownów. Niekoniecznie była to dobra sława, bo kobieta niczego nie robiła za darmo, więc omijano radzenie się u niej chociażby z tego powodu. Bywała tą "ostatnią deską ratunku".
Jedną z przepowiedni Mystic było właśnie kto będzie następnym dziedzicem daru. Rigel nie chce tego odziedziczyć. Siłą chowa się za książkami, zaklęciami i swoim pesymistycznym podejściem. Nie rozwija daru, bo w głębi siebie się go boi.


Halloween; 16 lat

Z wielkiego pożaru w rezydencji Ashdownów nie ocalało zbyt wiele jeżeli chodzi o kosztowności, ale za to to co najcenniejsze wnosili do społeczeństwo nie zostało nawet tknięte - książki. Wszystkie zabezpieczone w piwnicy zaklęciami ochronnymi, pułapkami i innymi elementami zaskoczenia. Właściwie fakt, że wszystko inne spłonęło było ironią losu, bo po swojej rodzinie - znanej z niesamowitego instynktu, który u niektórych przeradzał się później w zdolność Jasnowidzenia - spodziewać się raczej należy, że przewidzą taką kolej rzeczy. Moi rodzice dbali o mnie bardzo sobie, ale najbardziej cenili wiedzę zbieraną przez pokolenia.
Długo nie wiedziałam o miejscu gdzie mam szukać tej wiedzy, jak i o zaklęciach, które pomogą mi się do nich dostać. Dopiero po roku nauki w Hogwarcie dostałam list. Wytyczne. I co zabawne - kolejne pół roku myślałam, że to tylko kartka z logicznymi zabawami. Nigdy bym nie spróbowała jej rozwiązać, gdyby nie jedne z zajęć, na których w żaden sposób nie mogłam się przekonać, by nie zasnąć. Wtedy właśnie z notesu wyciągnęłam "zagadkę" i zaczęłam ją rozwiązywać. Po miesięcznym zmaganiu się, sięganiu po rozmaite książki w końcu znalazłam rozwiązanie. Piwnicę. Kryptę. Cholerne dziedzictwo. Własnoręcznie spisane notatki, opracowania do licznych zaklęć, eliksirów i wywarów. Oczywiście musiałam to pogłębić.
Tak jak dziś, tak i w wiele dni wcześniej przesiadywałam w salach i przygotowywałam wywary zgodnie z instrukcjami.
Zmrużyłam oczy przesuwając wzrokiem po na eliksir na widzenie nieba zamiast sufitu z księgi ojca i próbowałam go połączyć z tym wywarem wywołującym deszcz. Zagryzłam lekko wargę i nuciłam cicho melodię dodając następne składniki. Wzięłam do ręki zielsko z bagien i w chwili, w której miałam je nad wywarem coś poczułam. Ułamek sekundy... Jak Deja vu... nie zdążyłam nawet powstrzymać palców przed rozprostowaniem się. Wiedziałam co się zdarzy. Czarna chmura dymu. Nieprzyjemny zapach. Wilgoć. Odsunęłam się od stołu nim pierwsze źdźbło dotknęło substancji.
Przeklęłam pod nosem i podbiegłam do szafki z substancjami szukając jakiejś, której mogłabym użyć, żeby zapobiec skutkom złego zmieszania składników. Sięgnęłam po sok z żołądka ogra. To było logiczne. Niwelował zapach i wręcz trawił wszystko... wiedziałam o tym. Zawsze sprawdzałam, czy jest na półce nim się do czegoś zabierałam, bo przecież to podstawa w przypadku, jakby coś nie wyszło. Trzymałam już w rękach flakonik, kiedy mój wzrok padł na zieloną fiolkę. A w niej skóra węża. To nie miało sensu. Podsyciłoby żar, może nawet spowodowało wybuch, a co najmniej pożar. On nie miał skutków łagodzących. Więc czemu mimo tego wszystkiego to właśnie po to sięgnęłam? Chęć przekory? Nie, no mimo opinii publicznej nie jestem samobójcą i nie jestem skłonna dać się zabić w tak idiotyczny sposób. Tylko tyle, że... wiedziałam.
Ucięłam myśli w jednej chwili odpychając na bok zdrowy rozsądek i wrzuciłam skórkę do wywaru. Zabulgotało, a ja instynktownie sięgnęłam po księgę ojca. Chwyciłam ją dość niefortunnie i jakoś specyficznie wyginając dłoń, na którą w następnej chwili spadła kropla wywaru. Zacisnęłam palce na okładce i pociągnęłam w swoją stronę, rzucając ją o ścianę, by móc się zająć bolącą ręką.
- Idziesz na trening? - Usłyszałam głos Regulusa, momentalnie odwracając wzrok w jego stronę. I czemu on nie uciekał?! Przecież to zaraz... Ale w powietrzu nie było już dymu. Wywar nie bulgotał. Nie było zapachu. Kiedy spojrzałam na swoją miksturę - stała tam, jakby nigdy nic. Jakby nic się nie stało.  - Rigel?
- Hm? - Znów spojrzałam na ślizgona, po czym chrząknęłam cicho. - Jasne. Zaraz będę. - Spojrzałam na swoją rękę, na której miałam obecnie niewielkie, czerwone i cholernie bolące znamię.
- Ale dziś Halloween, nie będziesz wróżyła? - zapytał z zadziornym uśmiechem. To jedna z tradycji mojego domu, takie tam zabawy.
- Nie. Chyba sobie odpuszczę na jakiś czas. - Szepnęłam przykrywając ranę rękawem. To... Deja vu w wyniku którego wiedziałam, że substancja zaraz zacznie się wymykać spod kontroli nie było normalne. Wiedziałam o tym. A byłabym idiotycznie naiwna, jeżeli wierzyłabym w to, że to przypadek. Dziś Halloween. Najcieńsza granica. Instynktownie objęłam się ramieniem, jak to kiedyś miałam w nawyku i naprawdę przez tę krótką chwilę miałam w głębokim poważaniu, jak bezbronnie wyglądam. Bezbronny Ślizgon. To ci dopiero. Będę musiała zrezygnować z Wróżbiarstwa.

~Akcept
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://list-z-hogwartu.my-rpg.com/t2472-rigel-remy-ashdown#46478
Bryan Carell



Liczba postów : 180

PisanieTemat: Re: Podanie o genetykę lub zdolność.   Pią Mar 27, 2015 4:00 pm

NAZWA GENETYKI LUB ZDOLNOŚCI: Animag - Orzeł
CZAS OPANOWANIA JEJ: 4 lata.
JAK SOBIE Z NIĄ RADZISZ? Całkiem nieźle, Bryan potrafi już bez najmniejszych problemów przemieniać się w swoją zwierzęcą formę, cztery lata w zupełności mu wystarczyły. Był raczej pojętnym uczniem.
PRZYKŁADOWY POST:
Matka nie żyje. Po prostu umarła, niemalże od razu po przybyciu do Londynu, do swojego wuja Ethana otrzymał tą wiadomość. Nie mógł tego zrozumieć, przyjąć do wiadomości, poradzić z tym sobie. Ojciec zaginął, rodzicielka została zamordowana przez nieznanego sprawcę...I wtedy też Carell po raz pierwszy zapragnął oderwać się od tego wszystkiego, wznieść się gdzieś ponad chmury, zapomnieć o wszystkim. Być kimś innym, a może nawet CZYMŚ innym. Tak, to stwierdzenie chyba jest jak najbardziej poprawne jeśli mowa o animagii. Wiedział doskonale, że jego wuj jest animagiem, potrafił zamieniać się w czarnego jak noc kruka. Widział nie raz, jak wuj wydostawał się przez okno i leciał w przestworza, właśnie by się oderwać od tej nudnej (jak twierdził Bryan - może wcale taka nie była!) pracy w ministerstwie. Zazdrościł mu i pewnego dnia poprosił wuja, by pomógł mu się nauczyć tej sztuki. Matka gryfona kochała jastrzębie, zawsze marzyła, by móc się w niego zamienić, więc można stwierdzić, że to było wręcz u nich rodzinne, dlatego też Ethan Carell nie był wcale zdziwiony, gdy okazało się, że młody chłopak jest całkiem pojętnym uczniem. Od początku świetnie mu szła zamiana swojej postaci i wtedy też odkrył, że orzeł najbardziej mu odpowiada, czuł się świetnie w jego skórze, jakby był po prostu do tego stworzony. Nieraz wstawał dużo wcześniej od wuja, by praktykować sztukę, której tak pragnął się nauczyć, nie miał wiele czasu na naukę z nim, bo przebywał w Londynie tylko podczas wakacji i ferii, ale w Hogwarcie również nie zrezygnował z ćwiczeń. Musiał to oczywiście robić po kryjomu, niezbyt wskazane było, by na przykład Pan Snape przyuważył młodego gryfona próbującego stać się królem ptaków i latającego sobie po błoniach w niedozwolonych godzinach. Dlatego też, pod osłoną nocy gryfon samotnie, nieraz wiele godzin (zdarzało się również zarwać nockę) próbował. Próbował i próbował, aż nareszcie nauczył się bez problemu poruszać skrzydłami, odnaleźć się w innym środowisku. W tym środowisku na górze, nad chmurami. Gdy pierwszy raz zapuścił się wysoko - poczuł się w końcu wolny, nie myślał już tyle o tych wszystkich okropieństwach, które ostatnim czasem nawiedzały jego życie, był wtedy kimś innym. Królem ptaków, animagiem. Oczywiście postanowił zapisać się w ministerstwie, bo i tak kłopotów nie było mu mało w życiu, tak więc przy pierwszej możliwości poprosił wuja by pomógł mu to załatwić.
Chłopak w końcu potrząsnął głową, wyrywając się z wiru wspomnień w który wpadł. Aktualnie siedział w pokoju wspólnym gryffindoru, był już późny wieczór, a on znowu za dużo myślał. Uśmiechnął się, odrywając wzrok od tańczących w kominku płomieni i podszedł do okna. Otworzył je jednym zręcznym ruchem i przybrał swoją drugą postać...Wyleciał z pokoju w kolejną podróż, niezapomnianą - jak każda. Po raz kolejny poczuł się wolny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://list-z-hogwartu.my-rpg.com/t3416-bryan-carell#57308
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Podanie o genetykę lub zdolność.   Wto Kwi 07, 2015 12:49 pm

NAZWA GENETYKI LUB ZDOLNOŚCI: Metamorfomag
CZAS OPANOWANIA JEJ: Ponieważ umiejętności Lisy zostały odkryte przez jej ojca i babkę, kiedy miała pięć lat, a że pani Claire Shirley (babka Lisy) ma taką samą umiejętność, wymienieni członkowie rodziny niemal natychmiast podjęli odpowiednie działania i zaczęli pomagać dziewczynce w wyszkoleniu jej umiejętności. Gryfonka w pełni wykształciła ją jeszcze zanim udała się do Hogwartu.
JAK SOBIE Z NIĄ RADZISZ? Niemal wspaniale. Dziewczyna potrafi po mistrzowsku zmieniać wygląd swojego całego ciała. Bywają oczywiście chwile załamania, które powodują osłabienie mocy, ale to jeszcze bardziej motywuje Lisę do ćwiczeń. Prawie codziennie zmienia swój wygląd.

PRZYKŁADOWY POST: Mała, jasnowłosa dziewczynka siedziała na wysokim krześle przy mahoniowym stole w kuchni i patrzyła z dość groźną miną na swoją matkę. Były do siebie zupełnie niepodobne, aż trudno było uwierzyć, że są rodziną.
-No i o co ci chodzi?-warknęła kobieta z wyraźnym niezadowoleniem. -Przecież muszę cię karać. Jesteś w ogóle bez ambicji, tak jak ojciec i cała reszta! Teraz weź to pióro... do prawej ręki! Myślisz, że pozwolę ci być odmieńcem?!
Coś z pobliskiej szafki wypadło z łoskotem.
-Nie denerwuj się tak! Co ty... twoje włosy... co ci się stało?!-wykrzyknęła nagle kobieta.
Dziewczynka zeskoczyła z krzesełka i skorzystała z okazji; pobiegła do pokoju taty.
-Tato, ona mnie znowu karze!
Ojciec małej, James Shirley, spojrzał na nią ze zdziwieniem.
-Co zrobiłaś z włosami, Liso?-zapytał łagodnie.
W tym samym momencie do pokoju wbiegła matka Lisy.
-Ona... ona jest tak samo... jak twoja matka!- krzyknęła kobieta, wskazując palcem na pana Jamesa.
-Zdążyłem to zauważyć- odparł mężczyzna.-A teraz wybacz, ale chyba udamy się właśnie do niej.
Kobieta prychnęła jakby z niedowierzaniem i obróciła się na pięcie, wychodząc z pokoju.
Lisa nie rozumiała, o co im wszystkim chodzi.
-Tato... o co tu chodzi?
-Spójrz w lustro- usłyszała odpowiedź, więc jak jej polecono, tak zrobiła.
Zdziwiła się, bo zamiast mysiego blondu jej włosy miały barwę jaskrawoczerwoną.
-Co się ze mną stało?- zapytała.Była wyraźnie zdziwiona.
-Jesteś metamorfomagiem-powiedział pan Shirley i uśmiechnął się na widok miny córeczki.-Babcia ci wszystko wytłumaczy, bo sama ma takie zdolności.
Z tych słów Lisa wywnioskowała, że metamorfomag to czarodziej o jakichś specjalnych zdolnościach.

***Pięć lat później***

Lisa miała niewiele więcej niż jedenaście lat. Pięć lat temu dowiedziała się o swojej wspaniałej zdolności. Była metamorfomagiem. Babcia Claire wystarczająco "wykwalifikowała" ją w tym kierunku, tzn. pomagała jej się uczyć zmieniać swój wygląd, by teraz umiała zmienić "look" swojej twarzy i włosów.
Stanęła po raz kolejny przed lustrem i zaczęła znowu trenować. Najpierw zmieniła kolor włosów. Z lekkim wysiłkiem, łatwo zauważalnym na jej twarzy, ze strzechy krótkich ciemnoblond włosów uczyniła długie czarne fale. Potem zmieniła kolejno brwi, nos i usta, a po dłuższej chwili skupienia także kształt swojej twarzy.
Hmm... ciekawe. Wyglądała zupełnie jak inna osoba. Dopiero trzeci raz z rzędu zmieniała całkowicie wygląd swojego oblicza. Za każdym razem robiło to na niej niesamowite wrażenie.
A gdybym tak umiała zmienić swój wzrost?, pomyślała. Przecież wytrenowała wystarczająco swoją wolę. Cóż, zawsze warto spróbować. Natychmiast skupiła się na swoim odbiciu w lustrze. Chcę być wyższa. Chcę być wyższa, teraz...
Zdawało jej się, jakby trochę urosła. Było to jednak mało zauważalne. Centymetr, może dwa.
Trzeba po prostu ćwiczyć jeszczeczęściej, uśmiechnęła się w duchu. Powróciła do poprzedniego wyglądu i pobiegła na dół, bo ktoś lub coś skrobało w drzwi. Pewnie list z Hogwartu.

***W trzeciej klasie Hogwartu***

Kurczę. Lisa zapomniała zabrać z domu zgody na wyjście do Hogsmeade. Ale nie miała już czasu na napisanie listu do ojca z prośbą o przysłanie owej zgody. Wyjście było za piętnaście minut.
-Okej, Ann... ja idę już teraz. Spotkamy się w którymś ze sklepów. Na przykład w Zonka, tam są podobno ciekawe rzeczy dla rozrabiaków...
Kiedy już przekonała do tego pomysłu koleżankę, udała się za grupką jakichś uczniów w stronę wyjścia do magicznej wioski. Jedna z dziewczyn była dla Lisy znajoma. Ślizgonka, Francis Urquart, była jej daleką kuzynką, o rok starszą.
-Hej, Francis!
Odciągnęła kuzynkę na pobocze i na poczekaniu wymyśliła jakiś temat do rozmowy. Kiedy się upewniła, że nikt ich nie widzi, rzuciła na pannę Urquart zaklęcie Petrifikus totalus. Z kieszeni wyciągnęła małe lusterko i powoli zaczęła zmieniać swój wygląd. Spojrzała w lusterko i porównała swój wygląd z kuzynką. Teraz mogła iść.
Po pięciu minutach była przy Filchu. Szczęście, że niczego nie zauważył! Kiedy znalazła się za bramą, wkroczyła w tłum uczniów zmierzających do Zonka i niepostrzeżenie zmieniła swój wygląd na stary. Spojrzała jeszcze raz w lusterko.
-Hej, Lisa!
Hmm, to Ann już ją zauważyła.
***W piątej klasie Hogwartu***

Znowu podłożyła łajnobombę tuż pod gabinetem Filcha. Czuła podświadomie, że za chwilę ten stary charłak będzie ją gonić. Ukryła się za rogiem. Kogo by tu poudawać? A może Lily Evans? Przecież to nic złego. Wyciągnęła swojego powiernika (lusterko) i zmieniła niemal natychmiastowo swój wygląd. Już była wystarczająco wykształcona w swojej umiejętności, że nie minęła nawet połowa minuty, kiedy łudząco przypominała panią prefekt Gryffindoru z szóstej klasy.
Ruszyła korytarzem i juz po chwili usłyszała za sobą starego woźnego.
-Panno Evans!-Był już porządnie ubrudzony łajnem.-Nie widziałaś może, który smarkacz porzucił mi znowu łajnobombę?
Lisa postarała się, by jej głos zabrzmiał jak ten należący do Evans, kiedy mówiła:
-Tam pobiegł Potter ze starszym Blackiem, pewnie to oni.
Filch pokuśtykał w tamtą stronę, a Lisa zbiegła po schodach i zmieniła swój wygląd na ten naturalny. Wspaniała umiejętność, ta metamorfomagia.
Powrót do góry Go down
Alexandra Woods



Liczba postów : 81

PisanieTemat: Re: Podanie o genetykę lub zdolność.   Sro Cze 03, 2015 9:58 am

NAZWA GENETYKI LUB ZDOLNOŚCI: Wilkołactwo

CZAS OPANOWANIA JEJ: Tego nie da się opanować, jedynie załagodzić. Nabawiła się ugryzienia wilkołaka na drugim roku, podczas nieudane ucieczki z zamku.

JAK SOBIE Z NIĄ RADZISZ? Wywar Tojadowy to tylko część sukcesu powstrzymania przemiany, ale w obecnych czasach jest jeszcze w fazach testowych przez jego odkrywcę Damoclesa Belby'ego - ponoć eliksir powstał pomiędzy latami 80-90 - co wcale nie gwarantuje innym, a także Al, pełni bezpieczeństwa. Podczas pełni kończy włócząc się po Zakazanym Lesie za zgodą grona nauczycielskiego, albo błądzi korytarzami lochów, dopóki biała tarcza księżyca nie zniknie z firmamentu. Stara się również unikać pomieszczeń z oknami podczas czasu wilków. W przypadku przemiany, niestety, kończy się na opuszczeniu Hogwartu i trzymaniu z dala od wszystkich.

PRZYKŁADOWY POST:

Była zima, do Bożego Narodzenia zostały dwa tygodnie, a Alexandra nie miała najmniejszej ochoty na powrót do Birmingham, wiedząc, że nie czeka na nią nikt, bo matka, jak zawsze, była zajęta tylko sobą oraz czarną magią. Nie chciała wracać do domu, którego ściany były non stop zimne, dookoła panował mrok, ból, rozpacz i cierpienie, podsycane nienawiścią sąsiedztwa.
Alexandra spakowała podręczny plecak, zaopatrując się tylko w potrzebne do przeżycia przedmioty oraz różdżkę. Już podczas buszowania na pierwszym roku odkryła kilka tajnych przejść na dziedziniec, gdzie królowała bijąca wierzba. Ominąć ją wcale nie było łatwo po cichu, lecz jakoś Alexandra dała radę i po przejściu przez kilka krętych korytarzy pod murami, wydostała się z Hogwartu. Problem tkwił tylko w tym, iż przejście to kończyło się przed Zakazanym Lasem.
Była zdesperowana. I przekonana, że jakiś tam zagajnik nie powstrzyma jej przed ucieczką. Miała dość wyzwisk w nią kierowanych oraz matki. Niepowodzenie planu „Ucieczka” nie wchodziło w ogóle w rachubę.

Leżała na zlodowaciałej ściółce, czując, jak z jej lewej nogi ucieka ciepło, kiedy jeden z nauczycieli ją znalazł. Była zmęczona, głodna i na wpółprzytomna – choć lepiej pasowałoby tu określenie na wpółżywa.  Coś do niej mówił, poruszał tak szybko ustami, że nie zrozumiała kompletnie nic z tego, a po kilku sekundach, ciemność rozłożyła nad nią swe ramiona i połknęła, uciszając świadomość.

Obudziła się w skrzydle szpitalnym, niemalże wyziębiona. Przy jej łóżku paliła się niewielka świeca, a dookoła panował mrok. Noc. Powinna być teraz w drodze. Ku jej zaskoczeniu, obok siedziała jej przyjaciółka, która była Puchonem. Miała na imię Flavia, starsza o rok, piękna, rudowłosa czarownica o bystrym, niebieskim spojrzeniu, do którego Alexandra miała słabość. Choć z pozoru to była relacja polegająca na przyjaźni, to obie wiedziały, że coś innego było na rzeczy. Żadna jednak nie miała odwagi, aby wyznać, co czuje względem drugiej. To Flavii dowiedziała się, dlaczego leżała w łóżku szpitalnym i co miało miejsce podczas jej ucieczki. Szok musiał wyprzeć z pamięci Alexandry wszelkie wydarzenia, bowiem, kiedy zerknęła na bandaż na lewym biodrze nie mogła uwierzyć w zaistniałą tragedię. Cholera, ugryzł ją. No ugryzł ją ten przeklęty pchlarz.

Werdykt był jasny – zbyt długo leżała, bez pomocy, w Zakaznym Lesie, po konfrontacji z wilkołakiem, aby wyszła z tego zdrowa. Po dziś dzień pamięta reakcję matki – wyrzuciła ją z domu podczas wakacji i Alexandra musiała szukać schronienia u swego wuja, brata Johanny, Charliego. Następne święta spędziła w Hogwarcie. Dopiero po powrocie z trzeciego roku, matula, łaskawie, zgodziła się przyjąć ją z powrotem.

Na czwartym roku Flavia doświadczyła na żywo przemiany Alexandry. Zapomniała, głupia, zapomniała, że tego dnia będzie pełnia. Chciała powiedzieć wszystko rudowłosej, przestać nosić w sobie te uczucia oraz emocje, które wzbierały, niczym wody Nilu w porze deszczowej. Uciekła. Już nigdy nie zamieniły ani jednego słowa.
~Akcept!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://list-z-hogwartu.my-rpg.com/t3577-alexandra-woods#59873
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Podanie o genetykę lub zdolność.   Wto Cze 16, 2015 10:57 am

NAZWA GENETYKI LUB ZDOLNOŚCI: Jasnowidzenie -  prekognicja /  retrokognicja / i co ważniejsze psychometrie (jasnowidzenie polegające na opisywaniu przedmiotów, miejsc czy osób, zazwyczaj na podstawie jakiegoś przedmiotu) -> Jasnosłyszenie
CZAS OPANOWANIA JEJ: Całe życie. W momencie, gdy Borys dowiedział się o tym, że jego dziecko jest niewidome, natychmiast ściągnął z Bułgarii swoją krewną - Lelę Wangę. Ta ślepa mistyczka i jasnowidzka od pierwszych chwil życia opiekowała się małą Kirlianą, ucząc ją "widzieć" za pomocą wrodzonych umiejętności parapsychologicznych.
JAK SOBIE Z NIĄ RADZISZ? Po 12 latach Kirke osiągnęła poziom o wiele wyższy niż jej brat, choć w jej przypadku było to wymuszone. Inaczej nie mogłaby egzystować. Widzi aurę ludzi, jest w stanie ich określać, dostrzega ich przeszłość i przyszłość. Dar jest dla niej sposobem na życie, nie jakimś głupim hobby.
PRZYKŁADOWY POST:
Zazwyczaj opowieści rozpoczynają się jakimś fikuśnym, zachęcającym do dalszej lektury opisem, bądź błyskotliwym z lekką nutą humoru dialogiem. Co ciekawe w blisko 6,5% literatury autor z rozbrajającą szczerością stwierdza, że nie ma pojęcia jak napisać pierwsze zdanie.
Autorka tej historii ma.
Każde jej słowo było wyważone, leżało na kartce w odpowiednim miejscu. Tu przecinek, tam średnik. Wyrazy układały się w zdania. Zdania w akapity.  Szept i skrobanie samopiszącego po pergaminie  pióra, gdy ona siedziała na huśtawce zawieszonej w jasnym, pustym pokoju.
- Oto nadchodzi ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana... Zrodzony z tych, którzy trzykrotnie mu się oparli, a narodzi się...
- Kirke! - Trzasnęły drzwi, a ona poczuła jak przyjemne odmęty wizualizacji rozpływają się w powietrzu. Dostrzegła ciemną aurę w mieszanym kolorze. Fiolet. Indygo. Wszystko ciemne. Zbyt ciemne. Zacisnęła palce na przymkniętych powiekach wyrywając się z objęć brata.- Nie wolno ci. Nie możesz bawić się wizjami jak zabawką. To niebezpieczne.
- To wcale nie jest niebezpieczne!- Zsunęła się z huśtawki i przycisnęła wątłymi dłońmi na wpół zapisaną kartkę papieru do piersi. Jej największa wizja. To mogło być coś potężnego! A on jej przerwał. Nienawidziła go za to. Po bladych policzkach popłynęły łzy.- Jesteś niesprawiedliwy. Ty możesz czytać przyszłość z tej swojej głupiej kuli, z kart. A ja? A ja nie mogę nikomu pomóc.
Odpowiedziało jej milczenie.
- Dobrze. Powiedz ją.- W jej dłoniach znalazła się prosta, drewniana skrzyneczka.- Ale potem zamknij. Jeszcze nie nadszedł czas, aby świat ją usłyszał. Pamiętasz co się stało ostatnio, prawda? Twój dar może stać się przekleństwem. Kiedy ludzie się dowiedzą zechcą cię skrzywdzić.
Zabrał jej kartkę, drąc ją na
Poczuła uspokajający pocałunek na swoim czole i spuściła głowę.
- Nienawidzę was. Was wszystkich.- Wyszeptała przytulając do siebie szkatułkę i usiadła z powrotem  na huśtawce plecami do brata.
Było cicho.
Poszedł. Wszyscy poszli. Wyjechali. Unikali jej. Tylko dlatego, że była inna. Niebezpieczna. Obracała w dłoniach szkatułkę.
Tak.
Dokończy przepowiednię. Dokona czegoś wielkiego!
Uchyliła wieczko szkatułki przesuwając po niej opuszkami palców. Nie potrzebowała stanu wieszczenia, była inna. Była potężniejsza od wszystkich innych.
- Oto nadchodzi ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana...- Wyszeptała słodko czując jak magiczna otchłań pudełka przejmuje jej słowa-... a choć Czarny pan naznaczy go jako równego sobie, będzie miał moc, jakiej Czarny Pan nie zna. I jeden z nich zginąć musi z ręki drugiego, bo żaden nie może żyć, gdy drugi przeżyje. Ten który ma moc pokonania Czarnego Pana... narodzi się...
Zatrzasnęła wieczko i zachichotała.
No to niech teraz cierpią.


AKCEPT
Powrót do góry Go down
Melody Pond



Liczba postów : 30

PisanieTemat: Re: Podanie o genetykę lub zdolność.   Pią Lip 24, 2015 11:49 am

NAZWA GENETYKI LUB ZDOLNOŚCI: Metamorfomag
CZAS OPANOWANIA JEJ: Choć to umiejętność wrodzona, Melody odkryła ją dopiero gdy była starsza. Ciągle się uczy i z każdym dniem radzi sobie coraz lepiej ją kontrolować.
JAK SOBIE Z NIĄ RADZISZ?Na początku nie umiała nad tym panować, wiele zależało od jej uczuć i emocji jednak im była starsza tym lepiej sobie tym radziła - to jak odkrycie mięśnia którego się nigdy wcześniej nie używało. Teraz, ponad dziesięć lat później nadal zdarzają jej się chwilę kiedy nie potrafi nad tym zapanować - najczęściej gdy się złości - jednak potrafi przemienić wygląd jeśli ma wystarczająco dużo spokoju by się skoncentrować.
PRZYKŁADOWY POST:
William nie był najostrzejszym nożem w szufladzie, jak to mawiała jego żona. Często można było go zaobserwować z dosyć głupią miną kiedy próbował coś połączyć w całość. I właśnie w takim stanie go znalazła kiedy weszła do pokoju dzieciennego. Był pochylony nad kołyską Melody z tą właśnie miną, na czole pojawiła się ta jego przeurocza zmarszczka.
- Kochanie..? – zapytała go ostrożnie.
Była gotowa na wszystko. Dopiero pare lat temu został ojcem i chociaż mu tłumaczyła jak działały dzieci nie była aż  taka pewna czy na pewno wszystko zrozumiał. Co chwilę pytał się jej, czy na pewno nie powinny mieć zębów. Albo macek.
- To chyba złe dziecko – powiedział poważnie.
Kobieta podeszła zmartwiona, że jej mąż już całkiem oszalał, do kołyski i przyjrzała się dziecku. Rzeczywiście, włosy były jaśniejsze niż wcześniej. Jednak po za tym, nie było innej różnicy.
- Nie wygłupiaj się. Dzieci się po prostu tak szybko zmieniają – powiedziała, spoglądając z miłością na małą dziewczynkę w kołyscę.
Jej mąż jednak nie był przekonany i spoglądał na córkę jakby za chwilę miał z niej wyskoczyć jakiś potwór. Tak samo zmartwiona była stara ciotka, która stała w progu i się im przyglądała.
- Ten przeklęty Archibald... A miało już być tak dobrze! – mamrotała pod nosem, kręcąc z niezadowoleniem głową.
***
- Nie mam zamiaru się w to ubrać! – krzyknęła Melody i rzuciła w ciotkę starą sukienką – To wygląda jakby pochodziło z XIX wieku!
Nawet nie wiedziała jak bardzo była blisko prawdy. Sukienka nie była niczym specjalnym. Czarna, wyszywana koronkami. Starsza pani która niestety była ciotką tej okropnej dziewczyny nie rozumiała co było w sukience tak złego. Przecież ona ją uwielbiała, kiedy miała jedenaście lat jak Melody!  
- Tak, założysz ją na dzisiejszą kolację! Będziemy mieć ważnych gości i nie będziesz wyglądać jak upiór! – powiedziała ciotka stanowczo, podając jej znowu sukienkę.
- Nie chcę! – wrzasnęła i w tym momencie jej długie blond włosy zamieniły się w czerwone, krótko ściętę na „pazurki”.
- Na brodę Merlina! – krzyknęła ciotka i zemdlała, jak to na damę przystało.
Melody oczywiście nic nie rozumiała. Zawołała Amelię i Williama by pomogli jej ocudzić ciotkę. Byli tak przejęci biedną starszą panią, że nie zauważyli jej nowej fryzury. Nawet Melody nie wiedziała o co chodzi. Dopiero po chwili jej tata zwróciła na to uwagę.
- Ależ skarbie! Co ty zrobiłaś ze swoimi włosami?!
Melody złapała kosmyk włosów, które nagle zrobiły się takie krótkie. Była w szoku. Przecież ona uwielbiała swoje jasne loczki!
- Jesteś metamorfomagiem! – jęknęła ciotka – jak ten przeklęty Archibald.
***
Cóż za głupi pomysł, przeszło jej przez myśl kiedy przekroczyli próg. Jeszcze dwie godziny temu siedziała w barze razem z jej nowymi „znajomymi” i piła whisky. Było jej tak przyjemnie! Po za tym, była całkiem pewna, że podobała się temu nowemu z Doliny Godryka. Cały wieczór rzucał w jej stronę spojrzenia które mówiły same za siebie. A ona je odwzajemniała. Później jednak zaczęło jej się nudzić i pół żartem, pół serio, zaproponowała napaść na bank.
Pomysł był wspaniały. Nie chodziło im o pieniądze, a o sławę. Wystarczy, że się włamią do pierwszej lepszej skrytki i wyjdą z tego cało a będą znani na całym świecie jako ci, którzy obrabowali bank Gringotta!
Teraz, chwilę później, pomysł nie był już taki wspaniały. Gdy tylko weszli do środka wiedziała, że oni już wiedzą, było jednak za późno by wszystko odwołać.
Jej jedyną pociechą było to, że nie była Melody Song. Dzięki swojej umiejętności była teraz brunetką z krótkimi włosami o wiele ciemniejszej karnacji. Jeśli tylko uda jej się uciec... Nie odnajdą jej. Chociaż na niewiele jej się to zda jeśli złapią ją na gorącym uczynku.
Gdy tylko jej znajomej udało się zwrócić uwagę goblinów, Melody razem z grupą innych ludzi zaczęli biec do najbliższego wejścia do krypty. Gdy tylko przeszli przez o dziwo otwarte drzwi, zaczęły bić dzwony.
To koniec”, pomyślała Melody i zatrzymała się. Nie miała jak uciec, w głąb krypty także nie chciała uciekać. Rozejrzała się dookoła, akurat w tym momencie kiedy jej młody przyjaciel próbował otworzyć najbliższe drzwi do skrytki. I po prostu zniknął, wciągnięty do środka.
Zrobiło się zimno, tak bardzo zimno... A po chwili pojawili się strażnicy. Melody ogarnął strach, było jednak za późno. Nim jednak ją aresztowano, Melody ponownie zmieniła wygląd. Włosy układały jej się w ułożony chaos pełen blond loków. Jeśli ma trafić na pierwszą stronę Proroka, to przynajmniej powinna dobrze wyglądać.
AKCEPT!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://list-z-hogwartu.my-rpg.com/t3435-melody-pond#
Rowena L. K. Salvator



Liczba postów : 77

PisanieTemat: Re: Podanie o genetykę lub zdolność.   Nie Sie 02, 2015 12:47 am

Umiejętność/genetyka:Animag
Zwierzę: Biały wilk
Czas opanowania jej: Rowena od zawsze uwielbiała czytać. Można powiedzieć, że biblioteka była jej drugim domem. Sięgała po wszystkie książki znajdujące się w rodzinnej kolekcji. Pewnej nocy natrafiła na jedną mówiącą o przemianach człowieka w zwierzę. Ludzi potrafiących tą zdolność nazywano animagami. Będąc na trzecim roku nauki jeszcze nie rozumiała do końca co to znaczy. Wszystko jednak zmieniło się po wydarzeniach w rodzinnym dworze, kiedy to pomogła uciec grupce więzionych ludzi przez ich likantropię. Postanowiła sobie wtedy, że nauczy się tej zdolności aby móc im pomagać i aby być z nimi w tych trudnych chwilach. Miało to jednak drugie dno – dzięki temu mogła uciec od swojej rodziny. Póki nie znali jej drugiego wcielenia było dobrze. O pomoc poprosiła swojego przyrodniego brata Alexandra. Ten bez większych sprzeciwów zgodził się jej pomóc. Nauka była długa i niekiedy bardzo męcząca. Zajęła Ro cztery lata. Przełom nastąpił na siódmym roku, kiedy to podczas powrotu do domu zapragnęła nie wracać do niego. Chciała uciec od problemów, od rodziny. Udało się jej. Jednak przemiana nie była przyjemna. Pełna bólu. Nie zniechęciło to jej jednak. Pod postacią białego wilka uciekła z dala od rodziny. Od tamtej pory przemienia się tylko i wyłącznie aby być z innymi którzy później mogą jej potrzebować.
Jak sobie radzi: Po pierwszej przemianie nie wiedziała co się z nią dzieje. Nie chciała już więcej się zmieniać. Jednak świadomość wolności od rodziny i innych ludzi dawała jej siłę aby dokonać jej raz jeszcze. Następna nie była już bolesna, a wręcz przyjemna. Uświadomiła sobie, że nie może zmarnować tak wielu lat na jej naukę. Na chwilę obecną radzi z nią sobie wyśmienicie.
Przykładowy Post:
Stała na stacji nie czując zupełni nic. Ani tęsknoty za szkołą, ani  ekscytacji z powodu powrotu do domu. Nic, pustka. Czuła, że to jej koniec, że teraz zacznie się wszystko to od czego pragnęła tak bardzo uciec. Jednak nie mogła tego powstrzymać, bo czy da się zatrzymać czas? No właśnie. Wraz z innymi uczniami wsiadła do Pociągu. Nie zwracała uwagi nawet na to, z kim i w jakim przedziale się znajduje. Było jej to obojętne. Cieszyła się jedynie z tego, że ludzie nie potrafią czytać w myślach. Jej mogły by przyprawić o depresję nie jedną osobę. Zamyślona spoglądała na krajobraz za oknem. Pola ustąpiły miejsca lasom, a te z kolei górom. Lekkie szturchnięcie przywróciło ją do świata żywych. Helen zawsze wiedziała kiedy sprowadzić ją na ziemię. Podstawiając jej pod nos opakowanie z czekoladową żabą uśmiechnęła się. Kochała słodycze, a czekoladę w szczególności. Z wdzięcznością spojrzała na przyjaciółkę.
Nawet nie pamiętała kiedy zasnęła. Wiedziała, że śni, gdyż jej ciało siedziało właśnie w Pociągu do jej koszmaru, a krajobraz wokół niej wcale go nie przypominał. Zdezorientowana jeszcze raz przebiegła wzrokiem dookoła. Ogromne drzewa liściaste  tworzyły krąg wokół niej. Delikatne promienie słoneczne przedzierające się przez ich korony tworzyły magiczny klimat, wręcz nierealny. Cichy świergot ptaków zaburzał tą idealną ciszę ale w subtelny sposób. Przymknęła na chwilkę oczy. Wiedziała, że to sen, a mimo to nie mogła się obudzić. Zła na siebie usiadła na trawie. Sama nie wiedziała na co czekała. Może aż ktoś ją obudzi? Szmer z prawej strony drzew wzbudził jej czujność. Na tych miast stanęła na równe nogi szukając różdżki. Niestety, nie miała jej przy sobie. Klnąc cicho po rosyjsku rozejrzała się. Nikogo nie było, a raczej żadnego człowieka. Z gęstwiny zieleni wyłonił się dostojny, biały wilk. Rowena zaniemówiła. Jeszcze nigdy nie spotkała tak pięknego zwierzęcia. Nie chcąc go spłoszyć stała w bezruchu. Zwierzę obeszło ją dookoła i stanęło na wprost niej. Jego niebieskie tęczówki spotkały się ze swoimi odpowiednikami u dziewczyny. Czuła się jakby patrzyła na siebie. Tyle, że to było nierealne. Chciała już coś powiedzieć jednak zwierzę uciekło.
Mocne szarpnięcie sprowadziło ją na ziemię. Gwałtownie otworzyła oczy lecz nie był to dobry pomysł. Jasne światło jarzeniówek z przedziału spowodowało tylko ból głowy.
– Odpłynęłaś. – usłyszała czyjś głos. Ostrożnie przeniosła swoje oczy na osobę wypowiadającą te słowa. Hele.
- Wybacz. Zmęczenie dało o sobie znać.- nie dodając nic więcej wróciła wzrokiem do okna.
Wiedziała już, że nie wróci do domu. Spróbuje jeszcze raz przemiany zaraz po dotarciu do stacji.
I tak tez się stało. Wraz z innymi uczniami wyszła z pociągu, uprzednio żegnając się z przyjaciółką. Swoje kroki skierowała na sam tył stacji, gdzie niecałe pół kilometra od niej zaczynał się las. Jeśli nie teraz to nigdy mi się nie uda. Niecałe pięćdziesiąt metrów od niego przemieniła się. Nie interesowało jej czy widzieli to mugole. Nic jej wtedy nie interesowo. Przemiana była zbyt bolesna. Jednak po opanowaniu bólu cieszyła się jak małe dziecko. Była wolna.



Umiejętność/genetyka: Zaklęcia niewerbalne
Czas opanowania jej: Tak naprawdę nigdy nie chciała się uczyć tej sztuki. Uważała, że nie jest jej ona potrzebna, jednak naciski ze strony dziadków doprowadziły do ślęczenia nad książkami i całogodzinnymi praktykami nad tą sztuką. Nie szło jej to najlepiej. Bywały dni kiedy chciała rzucić wszystko i skończyć z nauką. Jednak nie mogła. Wiedziała jaka by była reakcja jej dziadków na to wszystko. uczyła się tego wraz ze swoim bratem. Oczywiście on opanował to szybciej. Z jego pomocą, po roku czasu, udało jej się opanować zaklęcia niewerbalne na szóstym roku. Jednak nie znaczy tom, że nie miała z nimi małych problemów. Do całkowitej wprawy doszła w połowie siódmego roku nauki w Hogwarcie. Sama nie wierzyła, że każde zaklęcie przychodziło jej z taką łatwością. Teraz używa ich tylko w sytuacjach krytycznych. bez potrzeby potrafi o nich często zapomnieć.
Jak sobie radzi: Pomimo wcześniejszych problemów w obecnej chwili doszła do całkowitej perfekcji. każde zaklęcie wychodzi jej bez większych problemów.
Przykładowy Post:
Nie rozumiała po co ma się tego uczyć. Przecież nie wszyscy czarodzieje musieli umieć wszystko. Ona z reszta tak uważała. Jednak jej poglądów nie popierał nikt z wyjątkiem rodziców i Alexa ale według dziadków oni się nie liczyli. Nie rozumiała tego, i raczej nie chciała. Już dawno doszła do wniosku, że żyje w toksycznej rodzinie. Nie chciała tak dalej ale pół roku musiała jeszcze wytrzymać.
Będąc na święta w domu jej dzień zapełniały zajęcia, książki, praktyki w zaklęciach niewerbalnych i tak w kółko. Nie miała nawet chwili dla siebie czy Alexa.
– kiedy to się skończy? – spytała pewnego wieczora swojego brata.
spojrzała na nią jedynie z ciepłym uśmiechem i popijając herbatę odpowiedział na jej pytanie.
– Naprawdę się o to pytasz? To chyba oczywiste, że kiedy opanujesz to do perfekcji. - odpowiedział jej szczerze.
Przez kilka sekund karciła się w myślach za tak irracjonalne pytanie. Przecież to było oczywiste, że odpuszczą jej dopiero, gdy opanuje tą umiejętność do perfekcji.
Kolejne dni nie były lepsze niż poprzednie. Rutyna wsiąkła w nią jak w gąbkę woda.  Automatycznie zaczęła wykonywać polecenia. Nawet widok Alexa nie wzbudzał w niej żadnych uczuć. Sam chłopak dziwił się tej sytuacji i starał się ze wszystkich sił jej pomóc lecz dziadkowie byli bezwzględni. Jednak kto powiedział, że zasady czy reguły są po to aby je przestrzegać? Może i Alexander był ukochanym wnukiem, jednak i on potrafił pokazać pazurki. W noc przed wyjazdem Ro do Zamku zabrał ją do lochów. Wiedział, że nie jest to najlepsze miejsce na naukę ale jedynie tu dziadkowie by ich nie szukali. Wszystkie potrzebne materiały jak i składniki przygotował dzień wcześniej. Zaskoczona dziewczyna nie wiedziała co ma zrobić. Zaniemówiła.
– Czemu akurat to miejsce? Przecież wiesz, że nie lubię tu przebywać! – w tej chwili nie stała przed nim uśmiechnięta, roześmiana jak i czasami zamyślona siostra tylko pełna furii i złości kobieta.
Widząc jej reakcję uśmiechnął się złowrogo.
– Właśnie dlatego. Tylko to miejsce wywołuje u ciebie tyle sprzecznych emocji. A uwierz mi, to z pewnością Ci pomorze opanować tą sztukę. – wiedział, że argumenty przedstawione przez niego są nie do podważenia. Czytała książki i wiedziała jak to działa.
Ćwiczyli dobre trzy godziny i to z marnym skutkiem. Już miała się poddać, gdy stała się przełom. Zaklęcie którego chciała użyć zadziałało. I to bezbłędnie. Zdezorientowana spojrzała na chłopaka. Alex tylko stał i szczerzył się jak głupi. Zamaszystym ruchem ręki poprawiła swoje włosy i spróbowała raz jeszcze, potem kolejny i kolejny aż na zegarze wybiła godzina szósta. Nie mogła nadal w to uwierzyć.
– Widzisz. Umiesz już to. Wystarczyło tylko opanować swoje emocje. – podszedł do Ro przytulając mocno.
- Nie wiem co bym bez ciebie zrobiła. – odwzajemniła jego uścisk.
AKCEPT (Podanie na zaklęcia niewerbalne nie jest potrzebne!)

_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _

Rowena Leonie Katherin Salvator


 
Łatwe jest zejście do piekła
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://list-z-hogwartu.my-rpg.com/t3509-rowena-leonie-k-salvator
Johnathan Nash



Liczba postów : 16

PisanieTemat: Re: Podanie o genetykę lub zdolność.   Wto Sie 04, 2015 6:32 pm

NAZWA GENETYKI LUB ZDOLNOŚCI: Legilimencja
CZAS OPANOWANIA JEJ: Chłopak nie wie, że posiada tą zdolność. Nie opanował jej do dziś.
JAK SOBIE Z NIĄ RADZISZ? Nie znając jej nie może sobie z nią radzić. Uaktywnia się ona samoczynnie, losowo i sporadycznie. Może w przyszłości dowie się o niej i ją opanuje.
PRZYKŁADOWY POST: Był ciepły, lipcowy poranek. Johnathan wstał jak zwykle przed wszystkimi, usiadł na łóżku i po raz 48 zaczął czytać listę rzeczy, które musi kupić przed wyjazdem do Hogwartu. Jego pierwszy dzień w szkole był już za pasem - wrzesień zbliżał się wielkimi krokami. Chłopak godzinami kreował pobyt w Hogwarcie w swojej głowie. Opowieści jego nowopoznanej siostry Triss tylko go nakręcały. Johnathan chciał tego doświadczyć na własnej skórze.
W końcu podniósł się z łóżka przygotował się do wyjścia. Teraz zostało mu tylko czekać, aż Triss wstanie i go zabierze do centrum miasta. Trzy godziny później byli już na ulicy. Do Pokątnej nie mieli daleko, więc poszli tam pieszo. Aby umilić drogę, dziewczyna karmiła wyobrażenia chłopca kolejnymi, niesamowitymi historiami ze szkoły.
Byli na miejscu. Ulica Pokątna pomimo wczesnej pory nie należała do wyludnionych. Wiele osób, w tym ich dwójka, chciała ominąć tłumy w przeddzień wyjazdu.
- To co chcesz kupić na samym początku? - spytała dziewczyna, na co chłopak podał jej listę i wzruszył ramionami.
Chciał kupić wszystko. Od razu. Triss zadecydowała, że pójdą w dół ulicy i będą myśleć na poczekaniu. Tak też zrobili. Ruszyli Pokątną i zaglądali do losowo wybranych sklepów. Za każdym razem siostra tłumaczyła mu, co w nim mogą dostać, co on musi mieć i co może mu się przydać. Fajnie mieć siostrę. W pewnym momencie, zaaferowany całą tą sytuacją, stwierdził, że nigdzie nie widzi dziewczyny, z którą tu przybył. Cofnął się kilka kroków i zobaczył, że ta stoi przy witrynie jakiegoś sklepu i rozmawia z paroma osobami. Zapewne znajomymi. Skierował się ku Nim, Triss go przedstawiła i oznajmiła, że musi zamienić z Nimi kilka słów, co było równoznaczne z tym, że Johnathan miał się przez pewien czas zająć sam sobą. W najmniejszym stopniu mu to nie przeszkadzało. Dostał trochę pieniędzy i polecenie, żeby poszedł kupić przede wszystkim różdżkę u Ollivandera, bo nie dość, że ma najlepsze, to i potrafi bez słów wybrać idealną różdżkę dla każdego klienta.
Chłopak spokojnym krokiem udał się w kierunku wspomnianego sklepu, po drodze zatrzymując się na chwilę przy praktycznie każdej wystawie, podziwiając to wszystko, czego nie miał okazji poznać, wychowując się z dala od czarów. W końcu dotarł do małego, wąskiego sklepiku, w którym ogarnął go półmrok, gdy tylko przekroczył próg i zamknął za sobą drzwi. Pan Ollivander przywitał się i od razu zaczął proponować mu różdżki. Twórcy odpowiednia wydała się ta z sekwoi, z włosem leprekauna w roli rdzenia. Wiedział, że mężczyzna potrafi „czytać w myślach”, lecz nie miał pojęcia, że sprzedawca w „Czarodziejskich niespodziankach Gambola i Japesa” również to potrafi.
Dlaczego chłopak wszedł do tego sklepu? Ponieważ pomimo pewnej różnicy, on też miał dopiero 11 lat i uwielbia wszelkiego rodzaju psoty.  A miejsce, w którym można to wszystko kupić jest niczym lep na osoby w jego wieku. Johnathan wszedł do środka i na moment znieruchomiał. Wnętrze wypełniał miliard przedmiotów we wszystkich kolorach, kształtach, poruszających się, hałasujących i Bóg wie jakich jeszcze. Gdy chłopak spacerował od półki do półki, podziwiając te wszystkie bibeloty zastanawiał się, co on by chciał mieć. Co by mu się przydało, niekoniecznie do strojenia żartów, lecz do bardziej osobistych celów? W sumie nic nie chciało mu przyjść na myśl. Lecz czuł, że gdzieś głęboko, jakiś zagubiony pomysł dosyć mocno telepie się w jego głowie i za wszelką cenę chce się ujawnić. Johnathan skupił się z całej siły i już po chwili…
- Chłopcze! Podejdź tu! – zawołał do niego zza lady sprzedawca. – Mam coś, co Ci się spodoba!
Zaaferowany, zbity z tropu i lekko zaskoczony 11-latek ruszył w kierunku lady. O co mu chodzi? Co on takiego chce mu pokazać? Przekonał sam siebie, że to nic i z uśmiechem stanął przed sprzedawcą. Pytającym wzrokiem spojrzał na niego, na co facet pochylił się i wyciągnął spod lady 2 średnio-grube książki.
- Masz! To dwa ostatnie, które mamy na stanie. Sprzedam Ci oba w cenie jednego! Taka okazja nie trafi się ponownie! – widząc zaskoczenie Johnathana, zreflektował się i w końcu wyjaśnił, co chce mu sprzedać.
Były to notesy z magicznymi kartkami, które wchłaniały atrament tak, że nie było widać śladu używania. Tylko osoba znająca odpowiednią formułę mogła w nich tak naprawdę cokolwiek utaić, a następnie to odczytać. Niepożądana osoba widziałaby tylko czyste kartki, a cokolwiek by napisała w tymże notesie, wymazałoby się po wypowiedzeniu tych konkretnych słów. Tak. To było coś, co mogło mu się przydać. Chłopak wyszczerzył zęby, zapłacił i zaczął opuszczać sklep, żeby tuż przed drzwiami stanąć jak wryty. Odwrócił się na sprzedawcę i wybiegł z budynku prawie kogoś przewracając. Poszedł kilkanaście metrów dalej, znalazł wolny kawałek ściany i oparł się o nią. Wtedy myśli przypuściły szturm na jego zdrowy rozsądek. Czemu notesy? Czy on go zna? A może ktoś mu coś opowiedział o Johnathanie? Ale kto? Triss? Nie. Ale jak nie ona to kto? Nikt. Lecz najgorsze było to, że to właśnie o tym myślał chłopak. O zeszycie, w którym mógłby ukryć przed całym światem swoje myśli. Lecz czy ta sytuacja nie oznaczała, że nie da się schować umysłu? Czy opowiedzieć o tym siostrze? Nie… To chyba nie był dobry pomysł.
- Johnathan! – usłyszał znajomy głos, odwrócił się w jego kierunku i podszedł spiesznym krokiem do dziewczyny. – Chyba na dziś wystarczy, bo się nie zabierzemy z tymi zakupami. Pokaż różdżkę!
Przez całą drogę dziewczyna dalej opowiadała chłopakowi różne historie. Ten kiwał i kręcił głową, pisał pytania na kartkach. Ta jedna droga powrotna pozwoliła mu zapomnieć… Nie. Nie zapomnieć. Oddalić wspomnienie tych zakupów, schować te kilka minut w sklepie, w najciemniejszym zakątku swojej pamięci. No nie tylko. Również w tym jednym magicznym notesie, który zdobył korzystając z mocy, o której istnieniu, a co dopiero posiadaniu, nie miał pojęcia.

AKCEPT!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marcel Doth-Gray



Liczba postów : 11

PisanieTemat: Re: Podanie o genetykę lub zdolność.   Wto Sie 25, 2015 10:52 pm

NAZWA GENETYKI LUB ZDOLNOŚCI: Półwila
CZAS OPANOWANIA JEJ: Od urodzenia
JAK SOBIE Z NIĄ RADZISZ? Po tylu latach nadal potrafi spłatać figla, ale coraz rzadziej, o ile w grę nie wchodzą silniejsze emocje.
PRZYKŁADOWY POST:
Jego androgeniczna i dość niekonwencjonalna fizjonomia zdaje się mieć logiczne wytłumaczenie. Naturalną koleją rzeczy, jako że jego matka była prawdziwą, czystokrwistą wilą - on sam jest zgrabną połówką. Osobliwa uroda odziedziczona po ojcu, okraszona zgubnym akcentem natury swej matki w efekcie daje fuzję tak anielsko-destrukcyjną, jak to tylko możliwe. Przez bardzo długi czas zastanawiał się czy w jego przypadku ma to w ogóle jakiekolwiek zastosowanie; do pewnego okresu kompletnie nie zauważał owej nienaturalnej aury, dopiero w Beauxbatons skojarzył co poniektóre zależności i przez lata magicznej edukacji oswajał się z atutem, który w jego opinii w przyszłości mógłby przynosić mu wymierne korzyści - o ile tylko nauczy się go kontrolować i szachować tym egzotycznym i trudnym do wyjaśnienia urokiem.
Z początku dużą trudność sprawiało mu posługiwanie się wilowatym czarem, z czasem spostrzegł, że pojmował to w nieco mechaniczny i pozbawiony duszy sposób; przez ostatnie dwa lata nauki poczynił znaczne postępy dzięki całkowitej zmianie swojego nastawienia wobec owego kuriozum bycia półwilą. Nadal jednak traci panowanie nad aurą gdy targają nim silne emocje (co przy jego temperamencie zdarza się pieruńsko często) - i tu całe szczęście, że zdolności odziedziczył tylko połowicznie, bo znając zrywne, sezonowe zamiłowanie Marcela do konkretnej destrukcji i chaosu...

Od dziecka miał wyjątkowo anielską urodę, aczkolwiek kto wtedy nie jest uroczy? Jako brzdąc był w stanie zaskarbić sobie przychylność niemal każdego człowieka, a każdorazowa próba zagniewania się na chłopca kończyła się na ogół fiaskiem. Jedno spojrzenie pewnych siebie, dziwnie znajomych szarych oczu było w sposobie pozyskać niejedno serce.
Zupełnie to niepodobne do osoby, którą stać się może gdy zdarzy się wyprowadzić go z równowagi. Gniew harpii pierwszy raz zaprezentował swojej matce, miał wtedy siedem lat i za nic w świecie nie widziało mu się grać na znienawidzonych skrzypcach ani jednej chwili dłużej. Nie był zbyt muzyczny, nieszczęśliwie zaś pani Doth-Gray owszem, była. Żywiła również niegasnące przekonanie, że i syn odziedziczył po niej przynajmniej śladową wrażliwość i kompetencję. No cóż, być może, za to na pewno we krwi miał pierwotną naturę matki. Tamtego dnia ulubieniec kolan wszystkich starszych sąsiadek i ciotek osiągnął punkt kulminacyjny i zaprezentował, że w porywach niekontrolowanej i silnej wściekłości w niczym nie ujmuje matce i potrafi być równie paskudny. Deformacja twarzy, wydłużone, eteryczne i mniej ludzkie ciało - wątpliwa przyjemność obcowania, o czym od czasu do czasu zdarza mu się przypominać najbardziej opornym. Próżno szukać w nim wtedy niedawnego piękna, z powodzeniem mógłby piastować pełen etat sennej nocnej mary; Szyszymora w zestawieniu z rozwścieczoną wilą zdaje się być prawdziwie urodziwa.

Wziąwszy pod uwagę jego charakter, raczej ciężko jest mówić o całkowitym opanowaniu swej natury w chwili obecnej. Owszem, lata szczeniackich wygłupów i eksperymentów ma za sobą, swoje przeszedł i nabrał doświadczenia, a co za tym idzie, odnalazł złoty środek i właściwą metodologię - zatem tak, jest w pełni świadom tego co robi, gdy z ożywieniem usiłuje nakłonić cię do załatwienia mu tego i owego. Nad hipnozą pracował najdłużej i sprawiło mu to nie lada kłopotów, a i tak rzadko korzystał z tej umiejętności ponieważ osobiście uważa, że sam z siebie jest dostatecznie niezwykły by wpłynąć skutecznie na drugiego człowieka.
Sprawy przybrały inny obrót gdy tylko ukończył szkołę i przyszło mu odnaleźć się w wielkim świecie; szczęściu czasem należy dopomóc. Może nawet częściej niż czasem, gdy jest się na skraju bankructwa i trzeba zacisnąć pasa?

Kłamstwem byłoby stwierdzenie, iż Marcel nie wykorzystuje swych możliwości w tym zakresie do własnych, egoistycznych celów. Robi to notorycznie i najczęściej czerpie dziką satysfakcję z efektów - kusić i nęcić to zawsze z zapałem i ochotą, do momentu w którym okoliczności zmierzają ku konsekwencjom - ma wrażenie utraty kontroli nad sytuacją, co stanowi już trigger do wycofania się i ucieczki.
Ponadto lubi zwracać na siebie uwagę w sposób subtelny i przemyślany, enigmatyczna aura półwili doskonale się ku temu nadaje.


Naturellement, nie raz nie dwa żałował że dał się ponieść emocjom czy chwilowej fanaberii by pójść na łatwiznę. Zauważył, że ludzie WCALE nie lubią tego rodzaju perswazji (no shit, Sherlock!) i gdy nadchodzi moment w którym orientują się że przyszło im podejmować decyzje bez udziału jakichkolwiek procesów myślowych, zazwyczaj żywią do niego urazę.
Najintensywniejsze rozczarowanie samym sobą przeżył w latach szkolnych, kiedy utracił pierwszą miłość i pojął, że nie wszystko wypada rozwiązywać w taki sposób. Francuz poczuł się wtedy zbyt pewnie i badał granice, chcąc wiedzieć jak daleko może się posunąć i ile gotów jest zrobić człowiek znajdujący się pod wpływem uroku wili - i owszem, przekonał się, ale poniósł również bolesne konsekwencje.


***

Zawsze miał bardzo neurotyczną osobowość, a to nie pomagało. Tym razem też nie, chciał wtopić się w tłum, zapaść pod ziemię - byle tylko nie czuć się jak cyrkowiec na środku areny pełnej gapiów. Ciągle pokazywali go sobie palcami, a dziś wybitnie znajdował się w centrum uwagi.
Zaciśnięte usta blondyna mówiły już same za siebie, a jego bladość i drżenie rąk sugerowały, że jest o krok od rozpętania piekła. Wiedział, że nic mu z tego nie przyjdzie a będzie jeszcze gorzej; nikomu nie chciał pokazać się w tym stanie.
— To prawda, że nie posiadacie płci? — nie był w stanie dopasować głosu do twarzy, może dlatego, że twarz zasłaniały mu jasne pasma włosów. Oczywiście, że to nie prawda. Cóż za bzdura, vraiment, większej od dawna nie słyszał.
Nieustającą, powtarzaną w myślach mantrą usiłował opanować szalejące zmysły i ugodzoną, męską dumę, chcąc tylko, by wszyscy oni zniknęli mu sprzed oczu i przestali zadawać tak niedorzeczne, uszczypliwe pytania. Zawsze im przeszkadzało, że się wyróżniał, miał własne zdanie i to często skrajne. Niestety, to jak Marcel się prezentował było gwoździem do trumny. Wielka szkoda, że to jedynie pozory, bo chwilę później cwaniaczek oberwał całkiem przyzwoitym upiorogackiem.

— Marcel, 13 lat, Hogwart


Odkąd jeden z jego współlokatorów w dormitorium publicznie ogłosił oddanie i szczere, płomienne uczucie sytuacja zaostrzyła się i od tamtej chwili Marcel właściwie nie posiadał życia w szkole. Na przerwach wolał zamykać się w pustych klasach i odliczać minuty do kolejnych zajęć, niż pokazywać się gdziekolwiek. Po pierwsze - kompletnie nad tym nie panował. Był przerażony gdy odkrył, że wszyscy chcą albo zacieśniać więzy z nim, albo na nim. Niejeden miał chęć skręcić mu kark, co tyczyło się także i części dziewczyn; o dziwo Gray wcale nie miał im tego za złe i w jakiś pokrętny, litościwy sposób zdawał się to pojmować.
Coraz częściej łapał się na tym, że w zwyczajnych, codziennych sytuacjach nieświadomie nagina wolę osób z własnego otoczenia choć wcale nie było to jego intencją. Przerażało go to i właśnie dlatego w tej chwili czekał, oparty o koślawą ławkę w starej sali do transmutacji. Liczył na to, że jak zostanie tu jeszcze z godzinę, w pokoju wspólnym nikt nie zostanie, wszyscy pójdą spać a on wkradnie się po cichu niezauważony.

— Marcel, 16 lat, Hogwart


Teraz, gdy tak o tym pomyślał, to na dobrą sprawę nigdy nie był w związku. Nie wierzył w to, i - oh non, bynajmniej nie chodzi tu o utratę wiary w piękne idee - bo prostu wątpił by ktoś zdołał obdarzyć go uczuciem nie przepuszczonym przez pryzmat świadomości, że jest półwilą. Nigdy nie miał pewności czy afekt tyczy się jego, czy wywołał go sztucznie po raz kolejny. Brakowało mu zaufania do samego siebie.
Wychylił się w wysokim, barowym krześle, osuszył szklankę, skrzywił się. Na kontuarze pozostawił niewielki stosik wizytówek i odręcznie, pospiesznie nakreślonych numerów, nazwisk i adresów.

— Marcel, 19 lat, Nowy Orlean

Stwierdził, że dobrze byłoby zjeść ciasteczko i mieć ciasteczko. Na dworze padało jak diabli, reszta dnia zapowiadała się niewiele pogodniej, a on wciąż miał te kilka godzin do przepracowania przed sobą. Akurat miał krótki romans z niewielkim atelier w którym serwowano głównie jego rodzimą, francuską kuchnię i groszowo dorabiał jako przynieś-podaj-pozamiataj. Koło południa nie wytrzymał, wziął kwadrans wolnego i czmychnął na tyły lokalu by zapalić w spokoju i przygotować się psychicznie na kolejną serię niemal niewolniczego posługiwania, kiedy od strony zaplecza wychynął kierownik, a jego spojrzenie bacznie spoczęło na Francuzie. Ten nieomal poparzył się papierosem, gdy w przestrachu postanowił pozbyć się go czym prędzej - facet tego nie znosił i Marcel przeczuwał, że lada moment będzie miał ciepło. Obrócił się i skonfrontował z mężczyzną, stając z nim twarzą w twarz i... oko w oko. Blondyn zmrużył swoje nieco, czując jak ogarnia go lekkie otępienie i przyjemne rozluźnienie, a i na sercu tak jakoś lżej i cieplej.
— Nie gniewa się pan, oui? — spytał krótko, miękko, łagodnie. Przekorny uśmiech jaki pojawił się w tej chwili na ustach Marcela wykluczał przypadkowość tego fortelu; wszakże tonący brzytwy się chwyta, a skoro on ma całkiem doborową paletę środków i sposobów, należy ugrać ile się da - i to szybko.
— Też mi... nie gniewam — odparł na ogół gburowaty kierownik. Zupełnie tak, jakby na co dzień wcale nie wojował zawzięcie z palaczami.
— Pomyślałał ja, że móc dziś wcześniej wrócić do domu. Tak przejść przez myśl mi — tu zagryzł lekko wargę, zastanawiając się czy i tym razem uda się przepchnąć coś tak nieprawdopodobnego. Mężczyzna stojący na przeciw uśmiechnął się błogo, a przez moment nawet w pełnym zrozumieniu i gotowości niesienia pomocy uniósł brwi.
— Jeśli sądzisz, że wypuszczę cię stąd przed siedemnastą, to chyba na głowę upadłeś. Wracaj do garów, nie płacę ci za przewracanie oczami — wyrzucił z siebie gładko przełożony, na co gdy tylko obrócił się i zniknął Grayowi z oczu, ten zaklął soczyście po francusku i już w drodze powrotnej na kuchnię analizował co do cholery tym razem poszło nie tak.

— Marcel, 20 lat, Nowy Orlean

AKCEPT!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Brit Walker



Liczba postów : 11

PisanieTemat: Re: Podanie o genetykę lub zdolność.   Sob Wrz 05, 2015 7:36 pm

NAZWA GENETYKI LUB ZDOLNOŚCI: Metamorfomag
CZAS OPANOWANIA JEJ: Ponieważ umiejętności Lisy zostały odkryte przez jej matkę, kiedy miała pięć lat, a że rodzicielka Brit miała matkę posiadającą taką samą umiejętność, pani Walker niemal natychmiast podjęła odpowiednie działania i zaczęła pomagać dziewczynce w wyszkoleniu jej umiejętności. Walkerówna wykształciła ją w podstawowyn stopniu, jeszcze zanim udała się do Hogwartu.  
JAK SOBIE Z NIĄ RADZISZ? Niemal wspaniale. Dziewczyna potrafi po mistrzowsku zmieniać wygląd swojego całego ciała. Bywają oczywiście chwile załamania, które powodują osłabienie mocy, ale to jeszcze bardziej motywuje Brit do ćwiczeń. Prawie codziennie zmienia swój wygląd.
PRZYKŁADOWY POST:
Mała rudowłosa dziewczynka siedziała na wysokim krześle przy mahoniowym stole w kuchni i czytała jakąś książkę dla dzieci.
-Na dziś dosyć-przyszła do kuchni jej matka i zabrała jej książkę.
Coś z pobliskiej szafki wypadło z łoskotem. 
-Nie denerwuj się, jutro znowu... co ci się stało?!-wykrzyknęła nagle kobieta.
Dziewczynka zeskoczyła z krzesełka i spojrzała w górę.
-O co chodzi? Ja tylko się zdenerwowałam!
-Co zrobiłaś z włosami?-zapytała jej matka, starając się, by zabrzmiało to łagodnie. 
Dziewczynka pobiegła do lustra i spojrzała na swoje rude loki. Ale o dziwo, nie były one teraz rude. Zmieniły barwę na fioletową.
-Mamo, ale przecież mali czarodzieje nie mogą denerwować się tak, by zmienić kolor włosów!-prychnęła Brit.
Kobieta po chwili przyszła do tego samego pomieszczenia. Wydawała się już rozumieć, o co tu chodzi.
-Jesteś metamorfomagiem-powiedziała spokojnie matka Brit i uśmiechnęła się na widok miny córeczki.

Brit miała niewiele więcej niż jedenaście lat. Pięć lat temu dowiedziała się o swojej wspaniałej zdolności. Była metamorfomagiem. Wyszkoliła się w tym praktycznie sama - była na tyle samodzielnym dzieckiem, by dowiedzieć się tego z książek.
Stanęła po raz kolejny przed lustrem i zaczęła znowu trenować. Najpierw zmieniła kolor włosów. Z lekkim wysiłkiem, łatwo zauważalnym na jej twarzy, ze strzechy krótkich rudych włosów uczyniła długie czarne fale. Potem zmieniła kolejno brwi, nos i usta, a po chwili wyglądała jak zupełnie inna dziewczynka. Nawet jej matka była zdziwiona postępami Walkerówny. Tak, Brit wyjątkowo szybko się uczyła.

Brit Walker szła mrocznymi ulicami mglistego Londynu zupełnie sama. Musiała się ukryć - pewien śmierciożerca przyłapał ją na pomaganiu mugolakowi, którego dobrze znała. Kompletnie nie wiedziała, co ma zrobić. Zaraz, zaraz... przecież ona jest metamorfomagiem! Mogłaby zmienić swój wygląd i nikt by jej nie poznał. Taak, tylko na kogo się ucharakteryzować? Brit miała bujną wyobraźnię i dużą wiedzę na temat czarodziejskich rodów, a na dodatek miała w kieszeni różdżkę swego przyjaciela. Wymyśliła więc na poczekaniu imię, nazwisko i każdy szczegół swego nowego wyglądu. Niemal natychmiast zamiast niej na ulicy stała przysadzista czarnowłosa czarownica w średnim wieku. Wyciągnęła nie swoją różdżkę i odwróciła się w drugą stronę, zauważając, że właśnie stoi oko w oko z tamtym śmierciożercą.
-Kim jesteś?-spytał ją mężczyzna.
-Drogomea Yaxley-odparła bez cienia strachu, nieco innym głosem niż swój; bardziej zachrypniętym altem (naturalnie miała nieco wyższy głos niż typowy alt).
Po kilku pytaniach mających na celu rozpozanie magicznej tożsamości oznajmiła, iż widziała rudowłosą czarownicę podobną do tej, którą opisał sługa Czarnego Pana, biegnącą na południe Londynu.
Była uratowana.


AKCEPT!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cassopea Black



Liczba postów : 5

PisanieTemat: Re: Podanie o genetykę lub zdolność.   Pią Paź 09, 2015 4:23 pm

NAZWA GENETYKI LUB ZDOLNOŚCI: Wężoustość
CZAS OPANOWANIA JEJ: Świadomie odkryłam u siebie zdolność wężoustości już w wieku 7 lat, chociaż moi rodzice twierdzą, że ujawniła się wraz z nauką pierwszych słów.
JAK SOBIE Z NIĄ RADZISZ? Jako że, wężoustość jest zdolnością, którą można nieskromnie rzecz ujmując wyssałam z mlekiem matki, jestem przekonana, że doskonale sobie z nią radzę. W wieku 16 lat doskonale potrafię komunikować się z wężami (oczywiście w znaczeniu wydawania im rozkazów ) mam nad nimi pełną kontrolę, rozumiem i syki...(ale w końcu na tym polega bycie wężoustym.)
PRZYKŁADOWY POST:
Siedziałam na drewnianej ławce pod jednym z licznych drzew w parku, patrząc uważnie na dwie osoby, które najwyraźniej nie zdawały sobie sprawy z mojej obecności. Tym lepiej. Zerknęłam na srebrny zegarek . Wskazywał godzinę 18...A więc za parę minut można zaczynać. Uśmiechnęłam się i pogłaskałam czarny łeb kobry królewskiej oplatającej się na mojej ręce, wysunęła swój rozdwojony język i syknęła. Dla osoby postronnej to był tylko syk, nic nieznaczący syk jednego z najjadowitszych zwierząt na świecie, lecz ja tam gdzie zwykli ludzie i większość czarodziejów słyszała szczerze mówiąc jedno wielkie nic, potrafiłam wyłapać słowa, a nawet zdania. Hybris, była głodna. Głodna krwi szlam. Cierpliwie czekała na mój rozkaz, dobrze wiedziałam, że wystarczy moje jedno "syknięcie" cichy rozkaz w języku węży by się rzuciła na nasze cele. Jednak zarówno ona jak i ja musiała być cierpliwa. -Ssss...ssssssss..s (cierpliwości Hybris)-powiedziałam bezszelestnie sięgając do kieszeni szaty by chwycić moją różdżkę. Śledziłam spojrzeniem dwie postacie, zmierzali w stronę altanki, otoczonej ze wszystkich stron krzewami róż, nie spuszczałam z nich wzroku. Nerwowo przygryzłam wargę. Na Merlina! Jak to możliwe, że o tej porze tyle osób kręci się w parku? Miejskiemu parkowi w Liverpoolu, trzeba było przyznać jedno: w przeciwieństwie do większości parków innych miastach ten był niezwykle zadbany. Najstarsze drzewa zostały oznaczone specjalnymi tabliczkami informującymi i płotkiem, ławki nie były pełne idiotycznych mugolskich napisów typu "JP" czy jakiś innych, które dla mnie nie miały żadnego sensu, po alejkach nie było po rozmiatanych śmieci, a na żadnym z drzew nie widniały wyryte scyzorykiem obrazki, napisy. Wygląd parku sprawiał, że naprawdę przyjemnie było tu przesiadywać. Widok i szum liściastych drzew, które istnieją tu od kilkudziesięciu lat. Potrząsnęłam głową. Na chwilę straciłam z oczu obserwowaną przez mnie dwójkę ludzi. Wściekła wydałam z siebie przeraźliwy syk -SSSSS- oznaczający rosnący we mnie gniew, Hybris poruszyła się niespokojnie, gotowa wbić swoje białe kły pełne śmiertelnie trującego jadu w szyję dwóch nędznych, brudnych, nic nie wartych szlam. Rozglądnęłam się szukając ich po tej części parku, którą miałam w zasięgu wzroku... Z olbrzymią ulgą stwierdziłam, że zmienili kierunek i zamiast do altanki usiedli trochę dalej. Niestety z mojego miejsca ledwo co było ich widać, a co dopiero słychać. Wstałam i jak to tylko możliwe bez najmniejszego szelestu podeszłam trochę bliżej. By nie zbudzać żadnych podejrzeń udawałam, że robię czemuś zdjęcia, udawałam ,że ich nie widzę i zupełnie nie słyszę gdyż miałam na uszach coś co mugole nazywają słuchawkami, które bez skrupułów zabrałam jakiemuś mugolowi, albo mówiąc bardziej precyzyjnie zmusiłam go do oddania mi ich. W rękawie cały czas miałam ukrytą różdżkę. Teraz wystarczyło tylko się odwrócić i wyszeptać jedno zaklęcie- Avada Kedavra. Znów uśmiechnęłam się na myśl co zaraz spotka tą dwójkę. Już miałam wyciągać różdżkę, zrobić jeden ruch , wypowiedzieć dwa słowa, gdy tknęło mnie przeczucie i spojrzałam nad nich. W oddali stały postacie w czarnych płaszczach, głowy przesłaniały kaptury, miałam wrażenie ,że uporczywie się we mnie wpatrują... Nie zrobiłam żadnego ruchu zobaczywszy ich. Nikt żywy nigdy widział ubranych tak postaci. Zakapturzone postacie w czarnych płaszczach budziły lęk i podziw, u mnie w szczególności to drugie. Zawsze marzyłam by stać się kiedyś jedną z nich.
-Panienko Black...czy już czasssss...- usłyszałam dobrze znany mi głos i ton syczenia mojej towarzyszki. Nie opuszczałam wzroku z zakapturzonych osób, ci ,których śledziłam od dawna nagle tak jakby przestali istnieć. Miałam ochotę podbiec do zakapturzonych osób, ale wiedziałam ,że nie mogę wykonywać gwałtownych ruchów inaczej wszystko, a zwłaszcza przykrywkę szlag jasny trafi. Musiałam im pokazać, że jestem godna by być kiedyś jedną z nich, z ścisłego kręgu największego z największych czarodziejów w dziejach. Był na to tylko jeden sposób. Być szybszą niż oni. Jako pierwsza pozbyć się tych konkretnych brudów zatruwających naszą magiczną społeczność...Owszem mogłabym użyć Avady Kedavry, ale wtedy nie było by tego widowiska. Odwróciłam się twarzą do moich celów, zaśmiałam się złośliwie -Niech zacznie się show!- wyciągnęłam rękę na której oplotła się Hybris i wydałam jej rozkaz -Zabij!
-Tak jesssssst panienko.-odpowiedział mi jej syk. Czarna jak węgiel kobra sunęła z zawrotną prędkością w stronę swoich najnowszych ofiar...

_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _

Cassopea Black
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Podanie o genetykę lub zdolność.   Today at 1:11 pm

Powrót do góry Go down
 

Podanie o genetykę lub zdolność.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Podanie o genetykę lub zdolność.
» Ogłoszenia o pracę + podania o samozatrudnienie
» Zasady i opisy genetyk
» Ability- umiejętności pokemonów

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
List z Hogwartu :: Bohaterowie :: DANE POSTACI :: GENETYKI I ZDOLNOŚCI-