a
IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Too Cold For Tears - opowiadanie
List z Hogwartu
Niestety jak to często bywa, coś się kończy, a coś innego zaczyna. Czas Listu z Hogwartu dobiega końca. Mam nadzieję, że część osób będzie wspominało tę stronę z pewnym sentymentem, a nawiązane tutaj znajomości przetrwają pomimo zakończenia naszej działalności. Dziękujemy za te dwa lata! Administracja


 

 Too Cold For Tears - opowiadanie

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Felix Brindley

avatar

Liczba postów : 60

PisanieTemat: Too Cold For Tears - opowiadanie   Wto Lip 01, 2014 11:56 pm

Too Cold For Tears

. . . , dwunasty miesiąc roku VI-473
Wnętrze niewielkiej norki wykopanej w śniegu wypełnił jęk.
Skąd on się jednak wziął? W końcu w środku byłem tylko...
No tak. To ja go wydałem.
Nienawiść, którą czułem do siebie za to, że w ogóle jeszcze byłem w stanie złapać jakikolwiek oddech, jest nawet dla mnie trudna do zobrazowania. Nie mówiąc już o tym, że gdy tylko otworzyłem oczy, od razu tego pożałowałem. Lekko westchnąłem - dech w mgnieniu oka przyjął formę gęstej, mlecznobiałej mgiełki - i spróbowałem się podnieść. Było to jednak dosyć wymagające - przez noc nieludzki mróz zmienił uprzednio świeży śnieg w niewyobrażalnie twardą skorupę, przez którą przebicie się bez czekana graniczyło z cudem. Jednak po pewnej, bliżej nieokreślonej chwili w końcu udało mi się wydostać. Pomimo mdłości, które mnie dotknęły - najpewniej wywołał je głód i ogólne osłabienie ciała - byłem w stanie pozbierać się na tyle, by rozejrzeć się wokół.
Jak okiem sięgnąć, widziałem tylko góry i doliny powstałe z wszelkiej formy zamarzniętej wody; wydmy złożone z puchu, który opadł przez ostatnią godzinę podczas śnieżycy. Szadź na czymś, co najprawdopodobniej w zamierzchłych czasach było drzewami, a co teraz zostało na wieki zamknięte w powłoce zimna. Ogromne stalagmity z lodu, rosnące ku niebu niczym smukłe baszty królewskich kaszteli. Te terytoria jednak nie mogły mieć władców. Jedyna moc, która tutaj rozdawała karty, to natura. Natura, musząca na co dzień wytrzymywać nasz bezlitosny wpływ na nią. I dopiero w tym opuszczonym przez Boga miejscu mogła w pełni się wyżyć, pokazać, jaka jest jej prawdziwa potęga.
Szkoda tylko, że na własne życzenie wpakowałem się w środek tego piekła.
Chciałem się podnieść, lecz nie potrafiłem. Mięśnie całkowicie odmówiły mi posłuszeństwa. Nawet kilka miesięcy temu, gdy jeszcze pozostawałem zamknięty w kopalni należącej do Nar Kharok, nie czułem takiego fizycznego wycieńczenia. Nie nazwałbym tego uczucia osłabieniem. Miałem wrażenie, że byłem żywym trupem. Zwłokami, zmumifikowanymi pod wpływem potwornego chłodu. Truposzem który zachował zdolność myślenia i odczuwania. Przed mymi oczyma był jednak jakiś Cel, i tylko on prowadził mnie do przodu. Każdy ruch był intuicyjny, nie kontrolowałem już swojego ciała. Nieświadomie wydostałem się z mojego prowizorycznego schronienia. Nieświadomie podnosiłem swoje kończyny, by móc je posunąć do przodu. Nieświadomie upadałem i znów się podnosiłem.
Czemu jednak miałem wątpliwości, że kiedykolwiek osiągnę to, o czym tak marzę?

. . . , pierwszy miesiąc roku VI-474
O ile dobrze udało mi się przeprowadzić obliczenia, minął już miesiąc od mojej ucieczki z kopalni. I przypuszczam, że gdybym wtedy wiedział, co mnie czeka, to nigdy bym nie podjął się takiej próby. Wolałbym już do końca życia kuć ten pieprzony daeryt. Jedynymi moimi problemami byłyby wtedy odciski na dłoniach od trzonka kilofa i nacięcia skóry, wywołane przerzucaniem tych twardych, czarnych skał. Dostawaliśmy jedzenie, byliśmy trzymani w umożliwiającej przetrwanie temperaturze, zawsze też mogliśmy prowadzić rozmowy z współwięźniami. A teraz... nic. Byłem skazany tylko i wyłącznie na siebie. Żeby utrzymać się przy tej namiastce życia, którą teraz miałem, byłbym w stanie nawet dokonać autokanibalizmu. Co pewnie miałoby miejsce... gdyby nie to, że niezwykłym fartem udało mi się upolować śnieżnego skrzekacza. Przebiłem mu gardziel soplem. Czyste, gładkie uderzenie. Nigdy bym siebie nie podejrzewał, że potrafiłbym zrobić coś takiego. A tu proszę, do czego może nas zmusić sytuacja... Przynajmniej dzięki temu zdobyłem jakieś jedzenie.
Zdecydowanie gorzej wyglądała moja sytuacja, jeśli chodzi o temperaturę. Co prawda na razie mój Kleinstar, który utrzymywał ciepłotę ciała na poziomie optymalnym, działał jak należy. Ale kto wie, na jak długo wystarczy mu energii? W tak krytycznych warunkach ten mały generatorek był zmuszany do wzmożonego wysiłku. A nie trzeba chyba tłumaczyć, jak znacząco się to odbijało na poziomie pozostałej mocy. Jedyne, co mogłem zrobić, to obserwować z przerażeniem wskaźnik, który opadał coraz bardziej i bardziej.
Surowe mięso skrzekacza było żylaste i bez smaku. Nawet jego konsystencja, galaretowata i nieprzyjemna, odrzuciłaby normalnego człowieka. Dla mnie jednak smakowało ono lepiej niż cokolwiek, co zdarzyło mi się zjeść. Poczułem, że do zgrabiałych palców dostało się nieco krwi. Przez chwilę miałem nawet wrażenie, że poczułem to specyficzne uczucie, jakby były one nakłuwane ze wszystkich stron miniaturowymi igiełkami. Jednak już kilka sekund później wróciło „błogie” odrętwienie.
Chciało mi się płakać. Lecz nie było to możliwe. Było zbyt zimno na łzy.

. . . , drugi miesiąc roku VI-474
Stało się to, czego się tak obawiałem. Utraciłem zarówno ostatki sił, dostatecznie nadwerężonych dwoma miesiącami tułaczki, jak i Kleinstar. W sumie było to zaskakujące, że wytrzymał on tak długo, lecz nic nie może trwać wiecznie.
Nie pozostało mi już nic innego, jak tylko leżeć pośród śniegu. Czułem już zimny oddech śmierci na swoim karku. Chociaż... w sumie to było mi to obojętne. Oddech ten był zdecydowanie cieplejszy niż przenikliwy wiatr, tnący moje ciało nie gorzej od stalowych mieczy. Nawet nie jestem pewien, czy nie preferowałbym tego drugiego.
Uciekłem z kopalni, do której trafiłem jako jeniec wojenny. Zamiast próbować się podporządkować, zbiegłem, poszukując tego jedynego Celu. I skończyłem tragicznie. Jednak... pomimo wątpliwości, przypuszczam że nie potrafiłbym wybrać inaczej. Wolę oddać życie za coś, w co wierzę, niż wciąż się tułać bez sensu istnienia. Mam nadzieję, że już na wieki na mojej zamarzniętej twarzy pozostanie uśmiech.
Wy, którzy to czytacie... urońcie łzę za utratę. Za zapomniane duchy, które cierpią. Zapłaczcie za serce, które poddało się bólowi, za samotność tych pozostawionych za wami. Co do mnie? Zrozumiałem wreszcie cierpienie i rozpacz naszego świata. Teraz zaś będę śnić o miejscu z dala od tego koszmaru.
O śmierci, przybądź do mnie i daj mi życie!

- Rast! Hej, Rast!
Poczułem na swoich plecach silne uderzenie. Plaśnięcie takowym wywołane najprawdopodobniej dało się usłyszeć nawet na dnie pobliskiego szybu. Skuliłem się odruchowo, by po chwili podnieść gniewne spojrzenie prosto na twarz mojego kompana z celi.
- Vande. Czego ty, do cholery, chcesz?
Zabrzmiałem na dość poważnie zirytowanego. Bo i taki byłem, jakby tak na to spojrzeć. Zasnąłem nad pisaną przez siebie powieścią, zupełnie wykończony po całym dniu pracy nad daerytem. Wbrew pozorom, w takich warunkach najlepiej mi się pracowało. Przyzwyczaiłem się już do takiego cyklu dnia. Budziłem się. Jadłem śniadanie. Schodziłem do kopalni. Wracałem wczesną nocą. Myłem się, jadłem obiad. Chwilę pisałem. Kładłem się spać. Bez żadnych wyskoków ani prób sprzeciwu. Dzięki temu zarówno ja, jak i mój kompan mieliśmy nieco lepszy żywot. Utrzymywaliśmy kontakty z nadzorcami, magazynierami i capo. Dostawaliśmy lepsze pożywienie i więcej czasu na odpoczynek. Takich wyróżnionych więźniów było względnie niewielu, i było nam z tym dobrze.
- Nadzorca chce z Tobą zamienić słówko. Ponoć na dniach Nar Kharok zaczyna kolejną wojnę z Ashurą i potrzebują więcej daerytu na broń. - Vande wzruszył ramionami, jakby nie było to nic znaczącego. Bo w sumie tutaj, w kopalni pośrodku lodowego pustkowia, sprawy zewnętrznego świata obchodziły nas tyle, co... no, nie powiem zeszłoroczny śnieg, bo takowego tu nie było. Trzymał cały czas. Ale wiadomo, o co chodzi.
- Dobra, już się zbieram. - Niemrawo podniosłem się znad foliału, przeciągając się. Vande spojrzał z zainteresowaniem na książkę.
- Jak ci idzie? Widzę, że jesteś już niedaleko zakończenia.
Zamknąłem wolumin z głuchym stuknięciem. Towarzysz spojrzał na mnie zaskoczony.
- Nie będę już tego kończyć - mruknąłem, zmierzając w kierunku drzwi.
- Co? Czemu? - Na twarzy Vandego pojawiło się jeszcze większe zaskoczenie, o ile było to w ogóle możliwe.
- Nie potrafię. Postać, którą wykreowałem, dąży do czegoś, co nie istnieje. Jest ona gotowa oddać własne życie za ideały, które są równie realne jak szanse na to, że temperatura na zewnątrz podejdzie powyżej zera.
- Nie rozumiem... - zaczął Vande.
- Jakoś mnie to nie dziwi.
- Nie rozumiem - powtórzył z naciskiem. - Nie rozumiem, o jakich ideałach mówisz.
- O wolności, Vande. O wolności.

_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _


I cannot control my life anymore
Feel in need to leave and breathe on my own
I remember all the broken songs of our life
Maybe one more wrong will make it all right?
I just really need to be alone now...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://list-z-hogwartu.my-rpg.com/t1651-felix-brindley
Ryan Lyns

avatar

Liczba postów : 340

PisanieTemat: Re: Too Cold For Tears - opowiadanie   Pon Lip 07, 2014 4:49 am

Mistrz, czekam na więcej, ruszył byś dupę do pisania -.-

_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _

"Coura­ge is to re­sist fear, mas­te­ry of fear - not ab­sence of fear. "
Ryan Lyns
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 

Too Cold For Tears - opowiadanie

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Henry Williams - Magia Bezróżdżkowa
» "Fasolki wszystkich smaków" - konkurs literacki
» Ścieżka z polanki do statku
» Fairy Tail Następne Pokolenie - opowiadanie by Cornelia
» Salon

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
List z Hogwartu :: Wspomnienia :: Porządki 3. :: MYŚLODSIEWNIA-