a
IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Salon na parterze
List z Hogwartu
Niestety jak to często bywa, coś się kończy, a coś innego zaczyna. Czas Listu z Hogwartu dobiega końca. Mam nadzieję, że część osób będzie wspominało tę stronę z pewnym sentymentem, a nawiązane tutaj znajomości przetrwają pomimo zakończenia naszej działalności. Dziękujemy za te dwa lata! Administracja


 

 Salon na parterze

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Mistrz Budowy

avatar

Liczba postów : 299

PisanieTemat: Salon na parterze   Wto Lip 21, 2015 12:23 pm

***
Przestronne pomieszczenie na parterze, w którym właściciel przebywa dość rzadko. Przechodzi się do niego przez drzwi frontowe. Schody ukryte we wnęce prowadzą do salonu na pierwszym piętrze.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Bellatrix Lestrange

avatar

Liczba postów : 234

PisanieTemat: Re: Salon na parterze   Wto Lip 21, 2015 12:49 pm

Łup, łup, łup.
Stał ze swoim wypełnionym po brzegi lizaczkami koszyczkiem, smutna że te wredne bachory nawet nie zauważyły jej pięknej różowej sukni, jak mogli! Nie wdzięczni!
Zaraz po przyjeździe do Londynu udała się poskarżyć swojej kochanej przyjaciółce a ona jak zawsze wpadał na genialny pomysł jak ją pocieszyć.
Nie żeby Lestrange cieszyła się na herbatkę z Mall ale skoro Bth mówi że to dobry pomysł to z pewnością wie co mówi.
Łup, łup, łup.
- Czy oni mają zamiar w końcu nas wpuścić? Chce mi się siku. - tupnęła nogą nie zadowolona zdejmując Bth z włosów jakiś kwiatek który się w nie zaplątał.
Wtedy zamek kliknął i w drzwiach pojawił się na w pół rozebrany Takawa.
- Bth zamkną nas za to, pornografia dziecięca jest chyba zabroniona. - ale nie czekając na odpowiedź minęła Hansela i zniknęła za drzwiami łazienki.

_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _


Is it wrong wrong that I think it's kinda fun

When I hit you in the back of the head with a spell?


Diamonds on my wrist, whiskey on my tongue
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://list-z-hogwartu.my-rpg.com/t1297-bellatrix-black
Gość
Gość
avatar


PisanieTemat: Re: Salon na parterze   Wto Lip 21, 2015 1:05 pm

Elizabth Jeager po tygodniu swojej kadencji stwierdziła, że ma dość bycia Ministrem Magii.
Co za nudy! Inni to sobie napadają na pociągi robią angielskie westerny, a ona co? Siedziała. Na swoich kościstych pośladkach w tym głupim gabinecie.
Dlatego kiedy Bella wpadła do niej w tej swojej szałowej, różowej sukiencie zawodząc że nikt nie chciał jej lizaków stwierdziła, że przyjaciółka jest ważniejsza od posady.
Poza tym... wiedziała które dzieci nigdy nie odmawiają słodyczy. Hansel i Gretel zniknęli jej rano tuż po zebraniu, nawet się nie pożegnali co znaczy że w sumie to dalej mają z nią spotkanie.
No.
To trzeba je kontynuować. Zgarnęła Bellę i jej lizaki z Ministerstwa.
Gdzie Hansel tam Gretel, więc co im szkodzi wpaść na Winsley Street i najwyżej na nich poczekać. Drzwi za drzwi Gretel.

Stała sobie potupując nóżkami, kiedy Bella kulturalnie jak to ona stukała do drzwi.
Hansel otworzył i... o. Jej Tomuś też miał kiedyś taką klateczkę.
- Sssłyssszałam że w Azzkabanie mają sssekcję ssspa. Chętnie ją odwiedzzę.- Wyminęła Takawę po drodze ciągnąc go za polik I mrucząc coś w stylu "jakiż zz ciebie sssłodziak Hansssel".
Powrót do góry Go down
Jessi Mall

avatar

Liczba postów : 2424

PisanieTemat: Re: Salon na parterze   Wto Lip 21, 2015 1:13 pm

Dwie gościny to zabrzmiało groźnie.
Nie tego się spodziewała. Westchnęła tylko i ześlizgując się z łóżka nieśpiesznie odnalazła koszulę która przecież dopiero tak nie dawno miała jeszcze miłe spotkanie ze spodniami na podłodze.
Wychyliła głowę przez drzwi jednocześnie zapinając ostatnie guziki a jej oczom ukazały się...
Osz Fuck!
Ok, fajnie. Tęskniła za Bth, przecież widziała ją tak dawno. Całe 12 godzin! Kto by wytrzymał!
Szczęście że to Andre poszedł otwierać drzwi, ominęło ją ciągnięcie za polik przez cały korytarz.
Przestąpiła próg salonu i skierowała swoje kroki do ławki fortepianu, jedynego bezpiecznego według niej miejsca.
- Andre mamy takiego ważnego gościa, może polejesz nam czegoś mocniejszego. - uniosła pytająco brew słysząc kolejne kroki.
Bellatrix.
Jasne.
Gdzie Bth tam i Bella.
-No nawet dwóch takich zaszczytnych gości. Swoją drogą piękna sukienka. - pociągnęła nerwowo za skraj koszuli, że też nie mogła być chociaż odrobinę dłuższa.

_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _

Jessi Mall
Zanim ty to rozwiążesz
wymienię ci pięć osób, które nas jutro znienawidzą.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://list-z-hogwartu.my-rpg.com/t866-jessica-jessi-mall
Anthony Blackwood

avatar

Liczba postów : 170

PisanieTemat: Re: Salon na parterze   Wto Lip 21, 2015 1:22 pm

Niby widział kto wpadł z wizytą, ale... łudził się, że po prostu się starzeje albo ma omamy wzrokowe... siedemnaście lat to prawie jedna noga w grobie. Zwłaszcza jak ma się taki staż.
Ale nie.
Opatrzność Losu zesłała im Zespół B. Tylko, że ten wcale nie zamierzał znowu błysnąć, a rozsiadł się w jego salonie. A zapowiadał się taki miły wieczór.
Ha, przynajmniej wino zostało, bo Jess nie zdążyła całego porozlewać.
Czując szpony Bth na policzku nawet nie próbował się wyrywać. Jeszcze by go przez przypadek, z miłości, oskalpowała. Przeszli do salonu, w którym przy fortepianie siedziała już Gretel. W tej nieszczęsnej koszuli...
Rozmasował puszczony przez Nagini policzek i zerknął na Bellę, która wróciła w... różówej sukience? Nie... Niemożliwe. To jest jakiś dziwny, bardzo poryty sen. Tak, no bo jak inaczej wyjaśnić wpadającą do salonu Jessi, to... później i teraz niezapowiedzianą wizytę?
Suprise, mon Andhre.- Wymruczała do jego zmindfuckowanego umysłu Morte.
To nie był sen. Bth już go uszczypnęła w policzek.
- To dość... nieoczekiwana wizyta.- Rozejrzał się za swoją koszulą. No tak, była na pierwszym piętrze.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marcel Doth-Gray

avatar

Liczba postów : 11

PisanieTemat: Re: Salon na parterze   Wto Sie 25, 2015 10:35 pm

Winsley Street 19 było dokładnie takie, jak je zapamiętał. Przynajmniej z zewnątrz, gdyż na ciemnej, chłonącej gorący letni deszcz uliczce wszystko z pozory wyglądało znajomo i nic nie wskazywało na to, by jego kawałek Londynu stał się obcy przez trzy lata nieobecności.
Zmęczony podróżny, ubrany w ciężki, skłaniający go ku ziemi płaszcz stał po drugiej stronie na chodniku pod kolorową markizą nieczynnego o tej porze baru śniadaniowego i palił papierosa, obserwując ciemne, puste okna kwiaciarni. Przed swoim odejściem rozwiązał umowę z dwoma jedynymi pracownikami którzy trzymali interes przy umownym życiu. A skoro o takowym mowa...
Zaklęcie nadal utrzymywało główną część budynku niewidoczną z zewnątrz, stąd w chwili obecnej mógł jedynie przypuszczać, że dom zastanie pusty i cichy, na co zresztą po prawdzie liczył; szczerze wątpił, by Andre nadal... oh, vraiment.
Nie mógł wtajemniczyć go w plan. Nie miał prawa. Nie miał też dość naiwności by wierzyć, że nikt się nie dowie. Z dwojga złego, wolał zniknąć bez słowa i ufać, że jeden pedantyczny Anglik z głową na karku poradzi sobie na własną rękę - niż obstawiać który z nich dwojga oberwie avadą a który cruciatusem wobec niesubordynacji.
Zamyślił się, a żar smalący już z wolna filtr oparzył mu palce. Chaotycznie machnął dłonią w powietrzu, rozległo się kąśliwe, cierpkie przekleństwo z mocnym francuskim akcentem, a wiatr niemal zwiał mu kapelusz z głowy. Cały czar z miejsca szlag trafił, i dopiero teraz, wśród całej niewygody i zmęczenia przydługą podróżą z Nowego Orleanu Marcel poczuł, że wrócił do domu.

W holu od samego progu otuliła go ciemność dziwnie znajoma, bliska jego sercu i łagodniejsza niż każda inna. Pewne rzeczy po prostu są w życiu niezmienne; możesz przemeblować mieszkanie. Twój pies zdechnie, kot zdziczeje, dzieci się wyprowadzą, ale pewne elementy są stałe i nie sposób wyzbyć się ich ze swojej codziennej przestrzeni. Insza rzecz... nie pamiętał tego stojaka na parasole. Ani parasola.
Odruchowo cofnął się o krok pod same drzwi, w połowie cofając rękę, która chwilę wcześniej miała zamiar odwiesić kapelusz na haczyk przy drzwiach. Bez słowa wyciągnął różdżkę z wewnętrznej kieszeni wilgotnego płaszcza i rozejrzał się mrużąc oczy.
Homenum revelio — inkantacja wypowiedziana półszeptem powinna rozjaśnić nieco sytuację. Francuz wstrzymał oddech, z początku weryfikując szaloną galopadę informacji i wyobrażeń na temat intruza. Matka? Nigdy w życiu. Ojciec? Jeszcze głupszy pomysł. Kochany kuzyn? Nie, nie mógł mieć pojęcia o jego powrocie do kraju, a z pewnością nie zależało mu na tyle by orientacyjnie choćby spróbować się na ten temat czegoś wywiedzieć.
Czar pomógł mu skonstatować po czasie, że poza nim znajduje się tu jeszcze jedna osoba. Wszelkie imaginacje odnoszące się do osoby, która wyraźnie nie omieszkała nanieść gruntowne zmiany w końcu zaowocowały bardzo nieśmiałą, ostrożną myślą. Żołądek automatycznie podjechał mu do gardła, mężczyzna w jednej chwili pożałował decyzji o obiedzie sprzed paru godzin. Wystarczył pobieżny rzut oka na kuchnię, by stwierdzić, że pedantyczny porządek i sterylna czystość przystoi tylko jednej znanej Grayowi osobie.
Przez jakiś czas stał u podnóża schodów prowadzących na piętro, wbijając bezmyślnie wzrok w gęstniejącą ciemność. Spał? Cóż. Biorąc pod uwagę porę, z pewnością. Schował różdżkę. Nabrał powietrza głęboko, po czym wypuścił je ustami.
Przygarbiony blondyn oparł dłoń na gładkiej balustradzie, nie mogąc jednak zdecydować się na pokonanie pierwszego stopnia. Zaraz po tym obrócił się energicznie, sięgnął pospiesznie po kapelusz i zanim zdążyłby założyć go choćby na głowę - nie wspominając o sięgnięciu do gałki w drzwiach - na górze zapaliło się światło, a ktoś stanął na szczycie schodów. Czując ciążące na sobie spojrzenie, zamarł w bezruchu, zupełnie nie myśląc o tym, że o wiele racjonalniej byłoby mieć w ręku różdżkę. Jakkolwiek, gwoli sprostania wszelkim zasadom bezpieczeństwa, głupotą z jego strony było stać tyłem do ewentualnego oponenta. A stał, juste comme ça! Stał i wyglądał, jakby go wmurowało w posadzkę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anthony Blackwood

avatar

Liczba postów : 170

PisanieTemat: Re: Salon na parterze   Wto Sie 25, 2015 11:18 pm

Kruki, według najnowszych doniesień mugolskich autorytetów botanicznych, preferują nocny tryb życia. Kryją się po ciemnych kamienicach w sercu Londynu przesypiając słoneczne popołudnia astronomicznego lata. Winsley Street 19 było idealnym miejscem do bytowania dla jednego, niezbyt odrośniętego od ziemi wietrzydła.
I właśnie to blade niczym sama śmierć ptaszydło stało na szczycie schodów kierując w jego plecy rozedgraną różdżką.

- Avada Kedavra. - Warknął przez zaciśnięte zęby. Księgi czarnomagiczne głoszą jakoby rzucenie ostatecznego zaklęcia wymagało ogromnych pokładów nienawiści. Żaden mięsień twarzy nie drgnął mu, oświetlony ostrym światłem zaklęcia. Nie skręcał się z bólu, nie rozsadzała go wściekłość.
Strumień zielonego światła miotnął tuż nad ramieniem jego gościa pozostawiając na ścianie podłużny ślad wypalenia.

Schody skrzypnęły, gdy pokonał parę pierwszych stopni.
- Tylko jedna osoba ma prawo tu wejść... I jest martwa. A martwi powinni grzecznie leżeć w swoich grobach.- Powiedział spokojnie ponownie unosząc różdżkę.
Trzy lata.
Wystarczająco dużo, by zapomnieć. By znienawidzić.
- A kiedy nie leżą, wówczas należy im w tym pomóc. - Kolejne stopnie, zielony pobłysk na końcu różdżki.
Zacisnął usta w wąską kreskę wreszcie stając w salonie i odnajdując dłonią włącznik światła.
- Po takim czasie się cuchnie Doth-Gray.
Powstrzymał się od rzucania kolejnych zaklęć i po prostu wsunął narzędzie jeszcze nie popełnionego mordu w rękaw luźnego, satynowego szlafroka. Podszedł blisko. Bardzo blisko. Nosem niemalże dotykał ciężkiego materiału płaszcza tego pieprzonego zdrajcy.
- Odwróć się nim Cię zabiję tchórzu. - Wyszeptał czując gulę w gardle.- Czekałem na to całymi miesiącami... Chcę widzieć wtedy twoje oczy. Jak gasną...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marcel Doth-Gray

avatar

Liczba postów : 11

PisanieTemat: Re: Salon na parterze   Wto Sie 25, 2015 11:54 pm

Nie żeby spodziewał się cieplejszego powitania. Choć z drugiej strony, czy o żywej chęci mordu można powiedzieć, by była chłodna? Kiedy strumień zielonego światła mignął mu nad ramieniem i wyżłobił w ścianie ślad niedokonanej jeszcze zbrodni. Byłby idiotą, gdyby w tym momencie udawał cwanego. Jeden rozwścieczony wieszcz pałający zemstą, na dodatek ku kompletnemu zaskoczeniu Marcela - nie przebierający w środkach, to generalnie dobry powód, by przypomnieć sobie czym jest strach. Zaskoczenie było zdecydowanie eufemizmem, Gray nigdy nie spodziewał się, by Andre choć przez moment pomyślał i użyciu zaklęcia niewybaczalnego wobec kogokolwiek. Chyba jedynie to zmusiło go do obrócenia się na pięcie i spojrzenia z kompletnym nieporozumieniem w oczach, niezrozumieniem wypisanym na twarzy, na równie niskiego co zawsze, rozwścieczonego Takawę w domowym szlafroku. Sytuacja jednocześnie komiczna i nieprawdopodobna do granic możliwości, a mimo to blondyn nie śmiał żartować. Nawet, gdy Anglik koniec końców schował różdżkę i stanął przed nim w zasadzie bezbronny.
Przełknął szereg pełnych wyrzutu i niechęci słów, bodajże nadal nie pojmując jak to się stało, że Andre w ogóle był w sposobie rzucić w pełni poprawne zaklęcie niewybaczalne.
W tym momencie coś przeskoczyło, Francuz przestąpił gwałtownie krok i rzucił się w jego kierunku, chwytając mocno za przegub dłoni, podwijając mu gorączkowo rękaw. Wiedział już co tam znajdzie, jednak do ostatniej chwili miał infantylną nadzieję, że to nieprawda. Szare, żywe oczy mężczyzny zatrzymały się na wysokości przedramienia. O dziwo wciąż o wiele łatwiej było mu spojrzeć na mroczny znak niźli oczy Takawy, znajdujące się w końcu niewiele wyżej. Słyszał krew pulsującą miarowo w uszach, zaschło mu w ustach; parsknął śmiechem z gatunku tych przy których nie jest się już pewnym, czy w obliczu takiego absurdu lepsze to od załamania rąk.
Et tout... na nic wszystko, kiedy być z góry przesądzone. Au revoir, lata kiedy ja robił wszystko by trzymać ty à distance dla twoje bezpieczeństwo. Nie mieć sens, teraz. — puścił jego szczupłą dłoń, po czym szarpnął za mankiet i rękaw ciężkiego, mokrego od deszczu płaszcza. Zapięcie puściło wreszcie i Francuz odsłonił rękę po łokieć, czując jak z wolna ogarnia go groteska całej sytuacji. Powoli docierało do niego, że poniekąd zmarnował trzy lata życia.
Miał nieodparte wrażenie, że stoi przed nim zupełnie obca osoba, przy czym jednocześnie zdawał sobie sprawę z pragnienia objęcia go ciasno. Nie miałby nic przeciwko chwilowej stagnacji, jednak świadomość zastanego stanu rzeczy była mu drzazgą i nie pozwalała w tej chwili skupić się na niczym innym.
Non. Ty mieć żal, i mieć gniew wiele, oui. Ale jeśli ja wiedzieć dobrze — tu przerwał na moment, po czym powoli z powrotem odwinął rękaw, by zasłonić przedramię. — A ja być pewien, że tak być, to ty nie móc. Jamais, mon Andre.
Liczył się jeszcze z opcją, że Takawa zwyczajnie mu przyłoży. Albo zrobi tę swoją minę, obróci się bez słowa i czymś zajmie, to by było w jego stylu. Mógł go w końcu nawet wyrzucić z mieszkania, zasadniczo prawnie przysługiwało mu w zupełności po tym jak wskazał go jako jedynego beneficjenta na krótko przed planowanym odejściem.
Oczy wieszcza były takie same jak wtedy, gdy widział je ostatnim razem. Nie wiedział co dokładnie spodziewał się w nich odnaleźć, ale myśl że naprawdę patrzyły na niego te same, choć bardziej zmęczone, jakoś minimalnie go podbudowała.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anthony Blackwood

avatar

Liczba postów : 170

PisanieTemat: Re: Salon na parterze   Sro Sie 26, 2015 8:14 am

Cichy głosik w głowie, wyjątkowo nie brzmiący jak jego metafizyczna, obklejona łatkami choroby, przyjaciółka bardzo stanowczo żądał uzbrojenia się w różdżkę, nóż ewentualnie ścieżkę do kurzy.
Gdy tylko wila zrobił krok w jego kierunku zrozumiał, że w tak bezpośredniej walce ma niewielkie szanse, jednak nie chciał jeszcze się ujawniać ze swoją kruczą formą.
Po prostu starał się wyglądać groźnie, a fakt że w jego prawej dłoni na nowo pojawiła się różdżka nieco potęgował to wrażenie.
Zamarł czując mocny uścisk palców na swoim lewym przedramieniu.
- Nie dotykaj tego! -  Głos Andre załamał się nieco histerycznie. Dopiero teraz gość mógł zauważyć , że nie wygląda tak jak trzy lata temu.
Jeszcze bledszy, z przydługimi rozczochraymi włosami, chorobliwie chudy wieszcz sprawiał wrażenie  jakby nie wychodził stąd od kilkunastu miesięcy. Co zresztą mogło być rzeczywiście prawdą.
Szarpnął ręką dociskając ją potem do piersi. Nie miał prawa go dotykać, nie nie nie!
Nie patrzył mu w oczy, na wypadek gdyby pan Doth-Gray chciał grać nieczysto i użyć uroku wili.
- Minister Magii, mugole... Nie mów mi, że nie jestem w stanie zabić kogoś takiego jak ty...- Jego głos był spokojny, jak gdyby mówił o zmieniającym się wyżu nad Anglią.
- Mógłbym patrzeć jak wijesz się po podłodze i cierpisz dokładnie tak samo mocno jak ja. A potem ci powiem... że to dla twojego dobra mon amour.
W zmęczonych oczach powoli gasł ogień żarliwej nienawiści, a sam Andre wracał do tradycyjnego "wycofanego" modelu.
Ja z nim porozmawiam... Tak długo na to czekaliśmy Anthony. Znamy zaklęcie, niech padnie do stóp, niech błaga o litość, a potem... łaskawie go zabijemy. Porozmawiam z nim. Daj mi go.
- Nie. Nie porozmawiasz.- Wyszeptał przeczuwając, że Marcel to tak czy inaczej usłyszy. Jakby go to obchodziło. Tsh. Wraca sobie po latach i czego oczekuje.
Śmierci.
Przymknął oczy zaciskając mocniej palce na różdżce.
- Crucio!
Zaklęcie trafiło w pierś wili jednak Andre rozpaczliwie poderwał dłoń przerywając je. Serce mu zamarło, nie był w stanie wykonać kroku do przodu, ani uciec do bezpiecznej biblioteki na piętrze.
Nie. Dość. Starczy. Morte wystarczy.- Warknął dla bezpieczeństwa odrzucając różdżkę na stolik. Stuknęła, odbijając się od blatu i spadając z łoskotem pod fotel.
Nie potrafisz się bawić.
Odsunął się od Marcela, którego nagle przestał zauważać. Stołek przy fortepianie wydawał mu się teraz o wiele odpowiedniejszym miejscem do przebywania niż przeciąg w drzwiach.


Ostatnio zmieniony przez Anthony Blackwood dnia Czw Sie 27, 2015 12:39 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marcel Doth-Gray

avatar

Liczba postów : 11

PisanieTemat: Re: Salon na parterze   Sro Sie 26, 2015 2:41 pm

Nie tylko jego stare mieszkanie zmieniło formę i umeblowanie. Przez trzy lata był dosłownie wyjęty z wszelkiego życia - w tym i politycznego w Wielkiej Brytanii również. Nie otrzymywał poczty ani żadnych wiadomości, dopiero chłonął nowości. Rzecz jasna spodziewał się zmian, ale nie aż tak daleko posuniętych. Definitywnie coś było na rzeczy, a niezrozumiałe wtrącenia Andre nie ułatwiały mu w tym momencie rozeznania w terenie. Minister Magii? Tempest? Cóż z nimi?
Jego brwi zbiegły się chmurnie, nie wiedział co to wszystko znaczy i jaki właściwie ma związek z tematem. Nie przyszło mu przecież do głowy, że jego Andre byłby zdolny do czegoś podobnego.
Nie widział zbyt dobrze w półmroku korytarza, ale cienie faktycznie kładły się na jego bladej twarzy. Chorobliwie chuda i bez wyrazu, przypominała mu teraz bardziej woskowy posąg niźli żywego człowieka z krwi i kości.
To być dla twoje własne dobro, Andre. Ja wiedzieć to wtedy, ale nie być już pewien, complètement, w ten moment — nie podnosił głosu, cofnął dłonie. Wyglądał na równie zmęczonego, choć mogła to być również wina niewygodnej i długiej podróży. Był zmuzony do podjęcia mugolskich prób przedostania się na wyspy, a to ani praktyczne ani przyjemne.
Nieomal zapomniał o Morte. Cholernym alter ego Takawy, który budził się w najmniej odpowiednim momencie i którego obecność zazwyczaj nie zwiastowała niczego pozytywnego.
Wiele się nie pomylił, choć cruciatusa zdecydowanie nie można był ujmować w pojęciach "pozytywny" czy "niepozytywny". Płaszcz spadł mu z ramion i ciężko opadł na ziemię, a jego śladem podążyły zaraz i kolana Francuza, które bezwiednie ugięły się pod nim gdy zaklęcie trafiło go w pierś. Ból trwał co prawda zaledwie kilka sekund, dopiero rozpoczął gorące promieniowanie na klatkę piersiową i odjął mu oddech, ale mimo to jeszcze chwilę po tym jak mężczyzna odrzucił różdżkę, Marcel trwał w swoim kataleptycznym bezruchu trzymając się kurczowo za szyję. Nie był w stanie orzec, czy to z winy uroku czy też kompletnej dezorientacji nie mógł zdobyć się na wypowiedzenie choćby jednego słowa. O ile do tego momentu miał jeszcze przed oczyma wyobrażenie o Andre sprzed ostatnich kilku lat, tak teraz nie potrafił dopasować stojącej przed nim osoby do jakiegokolwiek wspomnienia. Zupełnie, jakby umysł spłatał mu figla i podrzucił fałszywe dane.
Muszę wyjść. Maintenant — wychrypiał, ponieważ zaschło mu kompletnie w gardle. Czuł się obcy w miejscu w którym powinien odnaleźć utracony spokój, z człowiekiem którego nie znał, a który w jego pojęciu był mu bliższy niż własna skóra. Świat oszalał, ktoś wsypał piasek między jego tryby i rozregulował mechanizm.
Wsparł się o nieszczęsny stojak na parasole, od którego wszystko się w sumie zaczęło. Podniósł się, chwycił płaszcz i zwinął go pod ramieniem, chaotycznie i na oślep szukając przed sobą drzwi i mosiężnej gałki. W jakiś sposób czuł się oszukany, przy pełnej świadomości, że jest to jego wyłączna wina i po prostu czegoś nie zauważył w porę. Że wszystkie decyzje podjęte po tej pierwszej wiążącej, feralnej w skutkach i nieodwracalnej, były kolejnym łańcuszkiem powiązanych ze sobą, zdeterminowanych kolejno jeden przez drugi pomyłek. Francuz w jednej chwili stracił grunt pod nogami - w przenośni i faktycznie, bo zapomniał, że na zewnątrz jest stopień.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anthony Blackwood

avatar

Liczba postów : 170

PisanieTemat: Re: Salon na parterze   Sro Sie 26, 2015 4:35 pm

Zdawał się nie zauważyć momentu, gdy jego "wcale nie tak martwy jak wszyscy myśleli" gość odnalazł drogę ucieczki.
Mieli już nigdy się nie spotkać... Przecież widział śmierć, widział co zrobili. Przed przeznaczeniem nie ma ucieczki. Ale on żył. Jakim cudem oszukał swój los?
Odwrócił się. Doth-Gray zniknął.
- Marcel...? Marcel... - Czując się z każdą sekundą coraz gorzej dopadł do otwartych na oścież drzwi wejściowych, chwytając się rozpaczliwie futryny.
Nie ma go... Deportował się? Wychylił się nieco bardziej, zaglądając w głąb ulicy po lewej, a potem po prawej stronie. Pusto. Żaden normalny mugol nie chadzał o tej godzinie po Winsley Street.
Westchnął ciężko, dopiero po dłuższej chwili spoglądając w dół.
- Och...- Nieco złagodniał starając się nie ukazać żadnych głębszych uczuć. Wciąż nie miał pewności czy to nie jakaś pułapka Zakonu. Ta szlama przecież doskonale wiedziała kim jest... przynajmniej Jessi była bezpieczna, odcięta od świata.
- Nie musisz spać na wycieraczce we własnym domu.- Powiedział cicho nawet na niego nie patrząc. Pochmurne niebo zajmowało go o wiele bardziej. Przysiadł na stopniu obok niego opierając policzek o chłodną ścianę budynku.- Nawet nie pozwolili mi przyjść na pogrzeb. Zamknęli w... Nieważne. Za kwadrans mnie tu nie będzie, niebo musi się rozchmurzyć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marcel Doth-Gray

avatar

Liczba postów : 11

PisanieTemat: Re: Salon na parterze   Sro Sie 26, 2015 5:01 pm

Bardzo zabawne. Bynajmniej nie miał zamiaru spać na wycieraczce. Po prostu zapomniał, że stopień jest dość wysoki. Podniósł się i przesunął butem sponiewierany płaszcz, który zamortyzował upadek. Choć i tak pobrudził dłonie, które teraz skrupulatnie wycierał w spodnie.
Nie zamierzał... ne dis pas de bêtises, nie ma konieczności — usiadł w odległości na schodku, nie bardzo wiedząc co właściwie ze sobą zrobić. W tym momencie mógł albo wrócić do Dijon, albo wynająć coś na Nokturnie... ah. No tak, nie mógł. Umarli wynajmujący pokoje hotelowe nawet w tak podłej dzielnicy magicznego Londynu nie byli widokiem codziennym.
Pomyślał o kolejnym papierosie, odruchowo sięgnął do kieszeni.
Może być to i lepiej, wiesz. Ja widzieć z bliska, strasznie pathétique i przydługie — robiło mu się niedobrze na samo wspomnienie; pogrzeb odbył się z taką pompą i niepotrzebnym, sztucznym rozmachem, że brakowało już tylko dobrze opłaconych płaczek i chóru szyszymor.
Przez chwilę wyłamywał sobie w zamyśleniu palce ze stawów, nim nareszcie nie sięgnął po fajkę. Odpalił od końca różdżki i objął się jakoś tak śmiesznie ramieniem, ni to z zimna ni jakiejś odgórnej potrzeby. Utkwił wzrok w podniszczonych butach i westchnął ciężko, nim nie wychwycił w odpowiedzi Takawy słowa klucza, który zwrócił jego uwagę.
Zamknęli? Je ne comprends pas — nie docierały do niego żadne informacje poza ścisłymi wytycznymi z góry, nie miał zatem zielonego pojęcia co stało się z Andre i matką po jego zniknięciu. Tego samego dnia w którym odbył się pogrzeb, wysłali go mugolskim środkiem transportu do Nowego Orleanu, a ponieważ przez niecały tydzień figurował jako nieboszczyk, również nie miał sposobniejszej okazji rozeznać co i jak.
Miał nadzieję, że podjęcie się zadania i opowiedzenie za Czarnym Panem przyniesie wymierne korzyści. Matka będzie bezpieczna w Dijon, rodzina od strony ojca przestanie naciskać i wywierać presję. A Andre nie będzie miał styczności z tym środowiskiem. Nie wykorzystają go.
I wszystko szlag trafił, lekkomyślność z lekkiej ręki zaserwowała mu bolesny kontakt z rzeczywistością.
Ja wiedział, że ty mieć temperament, oui. Ale nie spodziewać się tak gorące powitanie — kąśliwa uwaga odnośnie cruciatusa, którym Takawa obdarował go jeszcze na progu. Nie, żeby Francuz uważał się za jedynego pokrzywdzonego, ale to nawet jak na tego małego wieszcza było czymś zupełnie nieprzewidywalnym.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anthony Blackwood

avatar

Liczba postów : 170

PisanieTemat: Re: Salon na parterze   Sro Sie 26, 2015 8:37 pm

Skrzywił się widząc w jaki sposób Marcel czyści dłonie. No na Boga... Bakterie. Czy on nie wie, że takie zwyczaje prowadzą do epidemii? Najpierw bezsenność, potem wysypka i nim się człowiek zorientuje... bum! Ludzkość wymiera w przeciągu sześćset dni. Przecież wszyscy o tym wiedzą!
Wyciągnął z kieszeni szlafroka materiałową chusteczkę. Wręczając ją po raz pierwszy przyjrzał się wili uważniej.
- Wyglądasz strasznie.- Stwierdził tylko zabierając mu papierosa i zaciągając się. Uwagę na temat cruciatusa skomentował dość krótko.- Ja nigdy nie chybiam.
To mogło znaczyć tylko jedno. Gdyby Blackwood się nie powstrzymał avada trafiłaby równie celnie.
Oddał mu papierosa podciagając kolana pod brodę.
- Magomedycy uznali mnie za niezdolnego do funkcjonowania w społeczeństwie i zamknęli w izolatce w Mungu.- Potarł nos wierzchem dłoni. Co miał mu więcej powiedzieć? Prawdę? Reszta historii wydawała się być zbyt irracjonalna i fantastyczna.- Stwierdzono, że Morte jest bardziej odpowiedzialną  częścią mnie. Nafaszerowali mnie lekami, a potem wyciągnęli ją na wierzch. Nie wiem ile to trwało czasu. Tygodnie? Miesiące? W końcu udało mi się ją jakoś ogarnąć. Zazwyczaj jest nieszkodliwa.
Zaśmiał się nieco sucho, jasno ucinając temat swoich aktualnych relacji z Morte.
Czując cisnące się do oczu łzy natychmiast wcisnął czolo w miły materiał szlafroka.
Spokój Anthony. Wdech wydech.
- Ale co Ciebie to obchodzi...- Odkaszlnął odzyskując spokój. Tak. Nie mógł sobie pozwolić na wspomienia.
- Wracaj do środka. To twój dom... Ja... Ja... Będę się zbierał... Przejdę się do Dziurawego Kotła, albo przelecę do znajomej, do Palmer. Przenocuje mnie jak będę miał maks pięćdziesiąt centymetrów wzrostu.
Podniósł się powoli ze schodka poprawiając narzutkę i zerkając na niego kątem oka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marcel Doth-Gray

avatar

Liczba postów : 11

PisanieTemat: Re: Salon na parterze   Pią Sie 28, 2015 7:32 pm

Bakterie szturmowały brudne, starte spodnie, pewnie sięgały już łokci i na dodatek formowały centurie w załomie mankietu. Co gorsza, Marcel zupełnie nie zwracał na to uwagi, w przeciwieństwie do wieszcza, który miał już niezłego skilla w wypatrywaniu drobnoustrojów gołym okiem.
Zauważył ruch po swojej prawej stronie, w jego kierunku wycelowana była złożona, czysta chusteczka. Wpierw nie bardzo pojmował do czego mu ona właściwie, ale zdał sobie sprawę, że chyba chodzi o dłonie. No tak, prawda.
Ty niewiele lepiej — burknął w odpowiedzi, nie protestując, gdy Andre samowładnie sięgnął po jego papierosa. Zawsze tak było; Marcel kupował fajki, a Takawa go z nich opalał. Przymykał oko, choć stan płuc Anglika pewno pozostawiał już wiele do życzenia.
Skrzywił się, słysząc o niezawodnej celności i w przebłysku skojarzenia przypominając sobie zielony strumień światła, który nieomal musnął jego policzek. Było bardzo blisko.
Przygarbił się i jedynie powzroczył na niego spode łba, czekając aż odda mu ćmika. Przez chwilę słuchał o izolacji i Morte, o konowałach z Munga. Nie miał pojęcia o tym, jak ciężko jego odejście przeszedł ten mały wieszcz. Nie spodziewał się, że był aż tak przywiązany. To działało również i w drugą stronę - dopiero gdy był zmuszony zerwać wszelkie kontakty, Francuz nie wyobrażał sobie, że można tęsknić za kimś tak bardzo.
Oh, pas vrai. Myli się, jeśli myśli, że ja nie obchodzi —pokręcił głową zamaszyście, pasma luźno wysunęły mu się z niestarannego warkocza. Chwycił go za łokieć i ściągnął z powrotem na dół, nie wiedząc jeszcze jak wyperswadować mu nocne podróże. Miał także dziwne wrażenie, że o ile zawsze miał niejakie problemy z językiem, tak teraz kompletnie oduczył się tego cholernego angielskiego. Rozumiał co drugie zdanie, bo uznał, że wzmianka "pięćdziesiąt centymetrów wzrostu" to jakaś pomyłka w jego pokręconym rozumowaniu. Musiał coś źle usłyszeć.
Andre, non. Zostań, chociaż do rano — poprosił uparcie, tym razem nie zamierzając dać mu postawić na swoim. Jeśli zajdzie taka potrzeba, oszołomi go i przywiąże do łóżka, ale z pewnością nie pozwoli mu szlajać się nocą diabli wiedzą gdzie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anthony Blackwood

avatar

Liczba postów : 170

PisanieTemat: Re: Salon na parterze   Pią Sie 28, 2015 8:53 pm

- Nie jestem przyzwyczajony do nocnych odwiedzin. Zresztą do jakichkolwiek odwiedzin... - Stwierdził, nieco bezwiednie pozwalając się pociągnąć znowu na schodek. Wyglądał dokładnie tak jak się czuł. Jak człowiek, któremu jest wszystko jedno czy zostanie czy sobie pójdzie. I tak był samotny. Wielka różnica czy na Winsley Street, w redakcji proroka, czy w obdrapanych ścianach Bękartów Merlina. Najwidoczniej dawno już przestał marzyć o wielkim powrocie pana Doth-Gray'a.
- Mylę się? Kieruję się tylko i wyłącznie twoim dobrem Marcelu. Moja przeszłość powinna pozostać ci obojętna, zwłaszcza kiedy jest taka... jak to się mówi... douloureuse? Nie było cię, nie jesteś jej częścią, nie zrozumiesz jej.- Stanowczo, aczkolwiek dość subtelnie zabrał swój łokieć.
Kontakt fizyczny? Nie ma mowy.
Unikał kontaktu wzrokowego, uparcie obserwując kępkę trawy, która jakimś cudem wybiła się spękanym betonie, którym mugole wylali chodnik. Ukrywał drżenie wargi i chęć ucieczki.
Nie powinien był wracać. Wszystko zepsuł. Cały spokój! Miesiące pracy! Jak on mógł. Jak zawsze myślał tylko o sobie, wyobrażał sobie, że wróci do Londynu, do pustego domu, a potem przypadkowo miną się gdzieś na ulicy?
Pieprzona, samolubna wila.
Zacisnął usta w wąską kreskę. I jeszcze śmiał go prosić, żeby został. Drgnął, z trudem panując nad głosem. Kolejne słowa przychodziły mu z coraz to większą trudnością.
- Nie powinienem... ale... mam trochę rzeczy... do spakowania. Książki. Tak... Parę książek. Są dla mnie bardzo ważne... Zabiorę je.- Spojrzał na niego zaszklonymi oczami i uniósł kąciki ust w grymasie, który chyba miał udawać uśmiech i mówić "zostanę do rana jeśli masz się niepokoić, a rano zniknę, co byś mógł spokojnie się urządzić na nowo".
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marcel Doth-Gray

avatar

Liczba postów : 11

PisanieTemat: Re: Salon na parterze   Sob Sie 29, 2015 1:48 pm

Obojętność na twarzy Takawy nigdy nie była czymś zaskakującym, ale w tym momencie zdominowała całą jego naturę i Marcel zaczynał się zastanawiać, czy jest szansa by ten stan kiedykolwiek jeszcze uległ zmianie. Pamiętał jak trudno mu było zawsze wykrzesać z wieszcza choć iskrę spontaniczności lub jakiejkolwiek emocji, ale w tym momencie wrażenie samo się nasuwało - Andre był zupełnie wyzuty z podobnych odruchów i zrywów. Chyba, że szło o strzelanie avadą w zaginione wile.
Nigdy nie być! Nie móc rozumieć czegoś, co ja nie wiem, nie być nie przy tym. Nie móc być — sprostował łamaną angielszczyzną, przy czym włosy już niemal całkiem wychynęły spod byle jakich splotów półwarkocza. Rysy twarzy wyostrzyły się, dłonie mu drżały, a oczy błyszczały chorobliwie; tracił kontrolę nad emocjami, natury nie da się z człowieka wykrzewić. Zwłaszcza, gdy jest się dość rozchwianą uczuciowo wilą. Nigdy nie był dobry w maskowaniu swoich prawdziwych intencji i uczuć, zawsze łatwo było stwierdzić o czym w danym momencie myśli i c przeżywa.
Andre wyrwał swój łokieć, ale Francuz nie dał za wygraną. Wstał gwałtownie, przeniósł się na niższy schodek, by kucnąć przed wieszczem i chwycić go za ramiona. Nawet teraz był od niego dużo wyższy.
Chciał spojrzeć mu w oczy, a pragnienie rosło im bardziej Takawa usiłował uciec i uniknąć kontaktu wzrokowego.
Pozwól mi wytłumaczyć, mon petit. A potem może odejść, oui. Ja nie zatrzymywać cię, nie będę, jeśli ty nie chcieć. Bien? — głos mu drżał, był przejęty. Każdy kto choć trochę go znał pojąłby w lot, że uparty mężczyzna z pewnością nie odpuści gdy na coś już się zaweźmie. Tak jak teraz, gdy tracił nad sobą panowanie, ale jeszcze na w miarę bezpiecznym gruncie i zasadach.
Zwilżył spierzchnięte wargi końcem języka i przesunął dłonie, z uścisku na łokcie wyżej, na ramiona. Szczupłe i raczej nie wskazujące na większe pokłady siły znajomo leżały pod palcami, choć czuł też jak bardzo mężczyzna jest spięty. Nie ył idiotą, spodziewał się, że nie chce być dotykanym przez niego.
Andre.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anthony Blackwood

avatar

Liczba postów : 170

PisanieTemat: Re: Salon na parterze   Sob Sie 29, 2015 6:25 pm

Wpatrywał się w szarpanego uczuciami Marcela niemalże ze smutkiem. Cierpiał. Tak bardzo cierpiał, a Andre nie mógł w żaden sposób mu pomóc.
Emocje robiły z nim co tylko chciały. Żałosne. Gdyby tak bardzo odkrył się przed kimś innym... Odwrócił głowę, zupełnie jak gdyby chciał w ten sposób uchronić ich oboje przed widokiem, na który żaden śmierciożerca nie powinien sobie pozwolić. Namiętność tępiono. Pożądanie lśniło złotem galeonów i krwi szlamy.
- Nie musisz mi się tłumaczyć Marcelu. - Powiedział spokojnie, uparcie trwając w woskowym bezruchu z policzkiem opartym o chłodną ścianę.- Nie chcę wiedzieć czemu odszedłeś, czemu pozwoliłeś mi wierzyć w swoją śmierć i czekać na coś co nigdy się nie stanie. Tak bardzo chciałem cię nienawidzić...
Zmrużył oczy próbując się powstrzymać przed wyszarpnięciem ramion spod dłoni blondyna. To wiązałoby się z upadkiem na kamienne schodki, a nie chciał pogarszać swojego położenia do tego stopnia.
- Nie chcę wiedzieć nawet gdzie byłeś przez ten cały czas. Z kim byłeś. Nie obchodzi mnie to. - Zacisnął powieki pozwalając łzom popłynąć po policzkach. Cholera. Nie. Nie...
Objął się wolną ręką w pasie zupełnie jak gdyby zbyt bliska obecność wili sprawiała mu fizyczny ból.
Andre. Andre. Nikt tak na niego nie mówił od lat.
- Zostanę. Ale nie chcę słuchać twoich tłumaczeń. Bo nie ma wytłumaczenia na to z czym mnie zostawiłeś. Rozumiesz?- Podniósł wreszcie wzrok pozwalając mu spojrzeć w swoje lekko już czerwone i zaćmione od łez oczy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marcel Doth-Gray

avatar

Liczba postów : 11

PisanieTemat: Re: Salon na parterze   Nie Sie 30, 2015 10:13 pm

Marcel nie należał do osób, które w specjalny sposób przywiązywały uwagę do tego, czy intensywne przeżywanie własnych uczuć jest oznaką słabości czy też nie. Nie myślał o tym. Miał temperament wili, był Francuzem z krwi i kości. Jakże mogłoby to być inaczej? Miał gorsze humorki niż baba. Artysta wypisz wymaluj.
Non, Andre. ja musieć! Musieć mówić. Je me sens dans mon cœur — Marcel musiał wyglądać strasznie. Koszmarnie schudł, a rozedrgane cienie jedynie wzmagały wrażenie, iż jest jedynie wrakiem dawnego siebie. Jedynie oczy pozostały żywe, choć obecnie chorobliwie rozbiegane nie sprawiały, że mężczyzna wyglądał na jakkolwiek stabilnego i zdolnego do podejmowania dziś jakichkolwiek poważniejszych rozmów.
Krótkim szarpnięciem oparł go plecami o nierówną ścianę z rudej holenderskiej cegły; nie puścił ramion wieszcza, jedynie zmusił, by Andre spojrzał na niego choć raz. Widział jego lekko zaczerwienione, przymglone łzami oczy, ale zaledwie przez chwilę, co nie wystarczało.
Rozumiem. Ale kiedy ja nie móc nic już naprawić, móc przynajmniej pomóc ci dźwigać — był uparty jak zwykle, i nic nie wskazywało na to, by blondyn był skory odpuścić.
Nadal nie mógł uporządkować myśli, dysonans poznawczy doskwierał mu jak drzazga i tak cholernie mu czegoś brakowało. Nie potrafił tej dziury nazwać, nie czuł się na siłach, by zapuścić się w jej zakamarki by zbadać z jakiej materii się składa, ale podejrzewał, że owa wyrwa nie da się tak łatwo załatać. Nikłe prawdopodobieństwo.
Uniósł dłoń, uwalniając jedno z wątłych ramion wieszcza, ugiętymi palcami dotknął jego chłodnego policzka. Nie zrezygnował ani nie zniechęcił się, gdy Takawa spodziewanie obrócił głowę. Sięgnął z przekonaniem po raz kolejny, aż mężczyzna nie miał już innego wyjścia, jak tylko ulec nazbyt gorliwym palcom.
O ile chwilę wcześniej miał mu tyle do powiedzenia, tak w tym momencie zabrakło mu słów. I tak cokolwiek by w tej chwili wyznał, nie miałoby to żadnego znaczenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anthony Blackwood

avatar

Liczba postów : 170

PisanieTemat: Re: Salon na parterze   Nie Sie 30, 2015 10:41 pm

- Ja... Wciąż tylko to twoje cholerne "ja". Ja muszę! Ja czuję! Ja mogę pomóc! Zawsze myślałeś tylko o sobie! - Andre zacisnął palce na nadgarstkach przytrzymującego go za ramiona Marcela. Powoli pękały kolejne bariery, które stawiał przez miesiące cierpień i samotności. Wszystko sypało się w drobny mak. Odłamki silnej woli, wmówień i zduszonych uczuć.- A co ze mną? Co jeśli nie możesz mi pomóc? Ale nie... o tym nie pomyślałeś. Nie pomyślałeś, że czasem może być zbyt późno! Nie pomyślałeś jak wiele wieczorów spędziłem przeglądając te wszystkie obrazy w piwnicy i zastanawiając się dlaczego nie uczyniłeś mi tej jednej, jedynej w życiu łaski i mnie nie zabiłeś.
Bezsilnie opuścił dłonie wzdłuż ciała, plecami napierając na ceglaną ścianę.
Nawet nie próbował udawać. Gdyby jego maska obojętności przybierała w takich chwilach materialną formę zapewne leżałaby gdzieś na spękanym schodku tuż pod nogami wili.
Zacisnął mocniej powieki czując te chłodne palce na swoim policzku, po czym natychmiast odwrócił głowę. Doskonale wiedział, że nie ma na tyle siły, żeby z nim walczyć.
Przełknął z trudem ślinę, czując, że w końcu czy chce czy nie, będzie musiał spojrzeć w te znienawidzone oczy. Powieki wieszcza drgnęły, po czym Marcel mógł zobaczyć całą paletę szarości w tęczówkach. Źrenice nieznacznie rozszerzyły się.
- I co teraz? Zaspokoisz swoje ego używając na mnie uroku?- Wymamrotał słabo.- Chyba nie spodziewam się już po tobie niczego więcej, Marcello.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marcel Doth-Gray

avatar

Liczba postów : 11

PisanieTemat: Re: Salon na parterze   Pon Sie 31, 2015 8:43 pm

To prawda, był egoistą. Bywał całkiem samolubny i zdarzało się, że myślał wyłącznie o sobie, jednak zauważył na pewnym etapie, że w całym tym swoim egocentryzmie nie potrafił być do końca sam. Andre nie wiedział - nie mógł wiedzieć, że cały ten cyrk powodowany był jego dobrem i kłamliwym zapewnieniem, że będzie bezpieczny.
Jeśli ja mówić i być prawda, ty poczuć spokój. Może. Est-ce pas? — ryzykując, że uwalniając z uścisku jego ramiona zbierze solidnego sierpowego w szczękę, chwycił oburącz jego drobną, wychudłą twarz i przypadł do niego, naraz obejmując ciasno, gwałtownie w pasie. Francuz często zachowywał się jak dziecko udające dorosłego. Czasem w najbardziej groteskowych warunkach.
Chwilę później miał przebłysk i mimowolnie przed oczami na kilka sekund pojawiła mu się twarz kobiety. Dorosłej czarownicy, której kilka miesięcy temu palcami wepchnął duże, ciepło brązowe oczy wewnątrz czaszki.
Marcel pobladł, ale nie cofnął dłoni. Jedynie twarz wykrzywiła mu się w bolesnym, przeplatanym zaskoczeniem grymasie. Wstrzymał oddech i zacisnął powieki mocno, aż nie wykwitły mu pod nimi ciemne plamy.
Niemal osunął się na miękkich nogach, twarz przycisnął do szczupłego karku Takawy. Był zmęczony, brak snu i długa podróż miała fatalny wpływ na jego samopoczucie i nienajlepszy stan emocjonalny.
Non. Nie zrobił tego nigdy, nie zrobi teraz. I... — jego głos załamał się, jakaś krnąbrna i zbyt wysoka nuta wkradła się w ton. — Oh. Oh... czuję winogrona. Jak w Dijon, późne lato. Albo... — bełkotał bezskładnie, tracąc kontakt z rzeczywistością. Naprawdę czuł winogrona, a przed oczyma majaczył mu niewyraźny zarys wzgórz i winnic położonych nieopodal rezydencji w której się wychował. Czuł też ciepło słońca na twarzy, pewien, że jest prawdziwe i nieomal namacalne. Zatoczył się i wsparł ciężko na ramieniu wieszcza, przechodząc już całkiem na mamrotany francuski i mnożąc kolejne sielskie wizje zapamiętane w czasach beztroski. Dlaczego teraz? Być może po prostu organizm był już na skraju, a Marcel wcale nie miał się tak dobrze jak mu się zdawało. Przecenił swoje możliwości.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anthony Blackwood

avatar

Liczba postów : 170

PisanieTemat: Re: Salon na parterze   Pon Sie 31, 2015 9:35 pm

Istniały momenty, w których Andre potrafił schować do kieszeni całą swoją niechęć do danej persony. I nigdy nie potrafił wytłumaczyć która część jego duszy odpowiadała za te irracjonalne zatrzyki empatii. Gdyby tylko odkrył co zmusza go do pomocy już dawno poddałby się egzorcyzmom albo leczeniu w Mungu.
Tak było i tym razem kiedy złapał go w pasie pozwalając wili oprzeć na sobie cały niemalże ciężar ciała.
- Dobra Doth-Gray. Ruszaj chudy tyłek, czas się trochę przespać. Za dużo emocji jak na jedną blond głowę.- Westchnął głęboko robiąc krok do tyłu na wyższy stopień.
Wyglądał kiepsko. Tak kiepsko jak...
...Ty w Mungu. Mam pomysł... Odeślijmy go z karteczką "zamykajcie kostnice. Znaleźliśmy waszego uciekiniera w domu." albo dopiszemy jeszcze, że to trzeci w tym miesiącu. Co ty na to?
Nie będziemy to nigdzie odsyłać. Tu jest jego dom jakbyś zapomniała.
- Resztkami sił pozbył się męczącej obecności Morte jednocześnie próbując wciągnąć Marcela do środka.
Trochę to trwało, ale cudem zdołał go przetransportować przez cały przedpokój aż do salonu.
Schody przypominały aktualnie niezdobyte szczyty Himalajów, więc ulokował towarzysza na kanapie, samemu siadając tak aby wila mogła ułożyć głowę na jego kolanach.
Nie mógł go teraz zostawić, bez względu na to z jakim trudem przeczesywał palcami blond włosy. Egoistyczny żal i ból musiały ustąpić, gdy tylko pojął ogrom cierpienia z którym borykał się Doth-Gray.
- Opowiedz jeśli ma ci to jakkolwiek pomóc.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marcel Doth-Gray

avatar

Liczba postów : 11

PisanieTemat: Re: Salon na parterze   Pon Sie 31, 2015 10:24 pm

Aktualnie ani Doth-Gray ani Chudy Tyłek nie chcieli się ruszyć spod drzwi, więc Andre miał z pewnością nie lada przeprawę. Dzielnie podjął jednak wysiłek i Francuz w jednym kawałku doczołgał się kulawo do salonu, nadal snując wyobrażenia o rodzimym Dijon. Potykał się o własne nogi, zataczał jakby przed chwilą wlał w siebie duszkiem butelkę mocnego wina i patrzył przed siebie bez większego przekonania; jakakolwiek merytoryczna dyskusja nie miała racji bytu.
Bez zbędnych ceregieli i problemów po drodze osiągnęli w końcu bezpieczną ostoję kanapy. Marcel zwinął się na niej jak dziecko, a Takawę który użyczył mu swoich kolan objął kurczowo w pasie, jakby była to kwestia życia i śmierci. Poniekąd była, Andre był jego tratwą a on czuł się jak rozbitek na bardzo niespokojnym i obcym morzu.
Z twarzą wciśniętą w sweter wieszcza zamarł na jakiś czas, ledwo dając po sobie poznać, że w ogóle oddycha. Uprzednio zdarzały mu się podobne stany, więc ich przebieg był już chyba powszechnie znany. Dzisiaj po prostu przekroczył swój limit.
Chwilę później sprawa stała się jasna, bo Marcel pociągnął donośnie nosem, jego ramiona drgnęły spazmatycznie, a on całym sobą wcisnął się w drobniejszego mężczyznę. Francuz płakał żałośnie, i nawet jeśli wszyscy doskonale wiedzieli że Gray lubuje się w scenach i małych dramach, tym razem był do końca szczery. Puściły mu hamulce (o ile kiedykolwiek jakieś posiadał), po czym wymamrotał mu coś niewyraźnie w załomy swetra.
Przez moment, gdy Andre przeplatał palcami jego długie, zniszczone i poplątane włosy, Marcelowi zdawało się, że jest z matką. Kiedyś często tak robiła, gdy po południe było ciepłe i słoneczne, gdy miała dobry humor. Zawsze miała do niego nieskończone pokłady cierpliwości, co biorąc pod uwagę temperament Francuza nie było znowu takie proste. I nawet jeśli akurat znów poróżnili się o jakiś drobiazg - bo na ogół nie były to rzezy globalnego zasięgu - Marcel siadał bez słowa na podłodze obok fotela matki, a ona zaplatała mu warkocz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anthony Blackwood

avatar

Liczba postów : 170

PisanieTemat: Re: Salon na parterze   Wto Wrz 01, 2015 10:15 am

- Gdybym miał choć trochę litości podałbym ci eliksir słodkiego snu. Ale jej nie mam. A ty musisz zmierzyć się z demonani przeszłości. - Szepnął odgarniając mu z twarzy włosy i pochylając się na tyle na ile pozwalały mu ręce mocno zaciśnięte na żebrach.
Nawet nie starał się rozumieć dialektu "francuski mamrotany". Nie pozwalała na to ani jego enigmatyczna znajomość samego języka jak i poczucie, że Marcel wcale nie chce być teraz zrozumiany.
Przesunął dłoń na kark wili w jakiejś pokracznej formie uścisku, po prostu pilnując aby w razie czego nie mógł się poderwać i zrobić sobie krzywdy.
Z kieszeni rzuconego na stolik płaszcza wyciągnął z trudem różdżkę. Jak ktokolwiek mógł korzystać z tak nieporęcznego i nieprzyjaznego narzędzia?
Wreszcie różdżka uległa posłusznie przywołując z górnego piętra koc wraz z książką czytaną tego wieczoru.
Anthony okrył wilę ciepłą kapą i wrócił do czytania napoczętego dopiero rozdziału.
Był kiepskim pocieszycielem, ale dobrym milczącym kompanem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Salon na parterze   

Powrót do góry Go down
 

Salon na parterze

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Mały salon
» Główny Salon
» Pokój Dzienny - Salon II - Parter
» Salon z kuchnią
» Studio Piercingu i Tatuażu

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
List z Hogwartu :: MIEJSCA ZAMIESZKANIA :: Winsley Street 19-